Katolicką agresję wobec „Golgoty Picnic” krytykuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka

W ramach wolności religijnej nie mieszczą się działania zmierzające do zastraszenia organizatorów legalnego, biletowanego przedstawienia teatralnego czy też działania polegające na fizycznym uniemożliwieniu wystawienia spektaklu – oświadczyła Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Scena ze spektaklu ''Golgota Picnic

Scena ze spektaklu ”Golgota Picnic” w reżyserii Rodriga Garcii

Fundacja wydała oświadczenie w związku z odwołaniem 20 czerwca 2014 roku spektaklu „Golgota Picnic” przez Malta Festival Poznań (z powodu „bardzo dużego zagrożenia zamieszkami”) oraz z uwagi na następującą w ślad za tym rezygnację z wystawienia tego przedstawienia w innych miastach.

Wolność religii to niezwykle ważny element wolności myśli, sumienia i wyznania. Nie jest to jednak prawo absolutne, pisze Fundacja i wskazuje, że granice tej wolności wyznaczane są m.in. przez prawa i wolności innych osób, co wyraźnie definiuje artykuł 9 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (EKPC).

Działań zmierzających do zastraszenia organizatorów mającego się legalnie odbyć, biletowanego przedstawienia teatralnego nie można uznać za mieszczące się w tych granicach, czytamy w oświadczeniu. Tym bardziej niedopuszczalne są działania, które zmierzają do fizycznego uniemożliwieniu wystawienia spektaklu. Co więcej, publiczne nawoływanie przez ludzi Kościoła – duchownych i świeckich – do protestów grożących wywołaniem zamieszek może rodzić poważne obawy o naruszenie norm polskiego prawa karnego.

Swoboda wypowiedzi artystycznej podlega ochronie na podstawie 10 artykułu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Artykuł ten gwarantuje wolność wyrażania, przekazywania i otrzymywania informacji oraz idei. Jak podkreślił Europejski Trybunał Praw Człowieka, wolność słowa nie może ograniczać się do wypowiedzi, „[…] które są odbierane przychylnie lub obojętnie, albo postrzegane są jako nieszkodliwe, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, szokują i wywołują niepokój władz lub jakiejkolwiek części społeczeństwa. Takie są bowiem wymagania pluralizmu i tolerancji, bez których społeczeństwo demokratyczne nie istnieje”. Helsińska Fundacja podkreśla, że szersze granice wolności artystycznej dopuszczalne są zwłaszcza wtedy, gdy dzieło skierowane jest do określonej grupy pełnoletnich odbiorców oraz jest wystawiane w przestrzeni zamkniętej, niedostępnej dla przypadkowego audytorium.

Nie ma wolności, gdy panuje cenzura, a więc istotą swobody wypowiedzi jest zakaz cenzury. Jednocześnie władze publiczne mają obowiązek aktywnego działania na rzecz zabezpieczenia wolności słowa przed bezprawnymi zamachami ze strony osób prywatnych. W szczególności państwo powinno chronić obywateli przed czynami, które zmierzają do zablokowania ukazania się publikacji czy uniemożliwienia wystawienia dzieła. Takie czyny w praktyce mogą bowiem wywołać efekt podobny do cenzury prewencyjnej.

A zatem władze publiczne nie mogą ograniczać się do informowania organizatorów wydarzenia kulturalnego o skali i rodzaju zagrożeń, jakie mogą stwarzać planowane zgromadzenia publiczne, ale powinny skutecznie przeciwdziałać ryzyku zastosowania przemocy. W szczególności władze powinny zapewnić organizatorom i uczestnikom takiego wydarzenia odpowiednie warunki bezpieczeństwa oraz podjąć stosowne działania wobec osób, które starają się przeszkodzić w wystawieniu dzieła.

Źródło (PDF): www.hfhr.pl

Zagrożenie ze strony fanatycznych katolików powodem odwołania spektaklu „Golgota Picnic”

Organizatorzy Malta Festiwal w Poznaniu zdecydowali się odwołać spektakl „Golgota Picnic” Rodrigo Garcii. Swoją decyzję uzasadniają względami bezpieczeństwa. Odwołania spektaklu domagali się ludzie Kościoła i religijni politycy.

Scena ze spektaklu ''Golgota Picnic''

Scena ze spektaklu ”Golgota Picnic”

Policja i Urząd Miasta poinformowały organizatorów festiwal, że w dniach 27 i 28 czerwca w Poznaniu ma się odbyć manifestacja około 30 tysięcy przeciwników spektaklu, którzy – jak to określono – będą brali czynny i bierny udział w działaniach uniemożliwiających pokazanie przedstawienia.

Dyrektor festiwalu Michał Merczyński określił tę planowaną manifestację jako „niebezpieczny spektakl nienawiści do odmiennej wizji świata”.

Do udziału w tym powodowanym rzekomo wartościami chrześcijańskimi proteście zachęcani są mężczyźni, a swój akces zgłosili także pseudokibice kilku klubów – pisze Michał Merczyński w swoim oświadczeniu. Zdaniem Policji istnieje duże prawdopodobieństwo, że protestujący tłum sparaliżuje centrum Poznania i siłą wtargnie do budynku CK Zamek – planowanego miejsca pokazu spektaklu

Telefony z pogróżkami, możliwe ataki na widzów

Jesteśmy atakowani jako festiwal, atakowany jest reżyser – Rodrigo García, atakowani są pracownicy festiwalu oraz CK Zamek, którzy otrzymują listy i telefony z pogróżkami. Zwłaszcza te ostatnie, anonimowe, często wulgarne treści zasługują na szczególną krytykę i nie ma dla nich usprawiedliwienia. Zajadłemu szykanowaniu festiwalu towarzyszy jednak coś, czego zignorować nie możemy – groźby możliwego ataku na widzów, aktorów, naszych gości i mieszkańców Poznania, jaki mogą sprowadzić organizowane bez żadnej refleksji nad bezpieczeństwem protesty  – czytamy w oświadczeniu.

Kościół kontra świat kultury

Wśród osób domagających się odwołania spektaklu i wywierających naciski na organizatorów festiwalu byli katoliccy politycy i ludzie Kościoła, m.in. arcybiskup Stanisław Gądecki, który w liście do dyrektora Michała Merczyńskiego określił spektakl jako „bluźnierczy”.

W obronie przedstawienia stanęli przedstawiciele świata kultury. List otwarty w tej sprawie podpisało prawie 300 twórców z Polski i Europy. 25 lat po odzyskaniu niepodległości pokaz spektaklu w przestrzeni zamkniętej na nowo budzi w Polsce pragnienie cenzury prewencyjnej i nawoływania do krucjaty przeciwko artystom – pod tym tekstem podpisali się m.in. noblista John Maxwell Coetzee, Jonny Greenwood (gitarzysta Radiohead), Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Krystian Lupa, Jan A.P. Kaczmarek, Krzysztof Warlikowski, Andrzej Wajda.

Źródła: www.tvn24.pl, wyborcza.pl

Za zdemaskowanie „cudu” katolicy grozili śmiercią

Rok 2012. Sławny i znany z mediów racjonalista musi opuścić swój kraj. Ściga go policja i czeka go więzienie za sam fakt zdemaskowania cudu w jednym z kościołów. W więzieniu grozi mu śmierć, zapowiadana przez katolickich internautów – pisze Jacek Tabisz, prezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów.

'Cud' - woda kapiąca ze stóp krucyfiksu

’Cud’ – woda kapiąca ze stóp krucyfiksu

Opisana powyżej sytuacja wcale nie jest fikcją. To działo się naprawdę. Biskup miasta, w którym doszło do zdemaskowania cudu, ma rozległe wpływy. Z uwagi na nie, wygrzebano prawo z 1860 roku, pozwalające na aresztowanie domniemanego bluźniercy bez wyroku sądu i bez możliwości wyjścia za kaucją.

Przyczyną furii biskupa był program telewizyjny, w którym występował racjonalista, poświęcony demaskowaniu cudów i zabobonów. Akcja racjonalisty, śledzona przez kamery telewizji, polegała na zbadaniu, czy sącząca się cudownie ze stóp wielkiego krucyfiksu woda rzeczywiście ma nadprzyrodzone źródło. Proboszcz kościoła nie czekał oczywiście na weryfikację cudu i zaczął polecać cudowną substancję swoim wiernym. Do cudownie nawiedzonego krucyfiksu ustawiały się kolejki rozmodlonych ludzi, zaś proboszcz zacierał ręce ciesząc się ze wzrostu frekwencji.

Na nieszczęście proboszcza, racjonalista odkrył rzeczywiste źródło wody, cudownie płynącej ze stóp krucyfiksu – przeciek z toalety nieopodal muru, do którego umocowana była cudowna statua. Następnego dnia proboszcz nie zobaczył już tłumu wiernych przed krucyfiksem. Sprawa zawędrowała do samego biskupa. Goniące za sensacją media pospiesznie zorganizowały debatę racjonalisty i biskupa. Biskup czuł się urażony tym, że racjonalista zarzuca Kościołowi wstecznictwo i utrzymywanie ludzi w zabobonie. Niestety, w trakcie debaty, racjonalista nie mógł się zgodzić z tezą biskupa głoszącą, iż to Kościół był głównym źródłem naukowego postępu. Pojawiły się nazwiska Giordana Bruno i Galileusza. Tego już było za wiele dla biskupa i za jego sprawą wniesiono kilka spraw o bluźnierstwo do prokuratury. Usłużni prawnicy wygrzebali jednocześnie prawo sprzed ponad stu lat, mówiące, iż w przypadku bluźnierstwa samo podejrzenie starcza, aby zastosować areszt. W kraju racjonalisty działa niestety prawo wyrastające z sądownictwa brytyjskiego i oparte na precedensach.

Racjonalista, który dostał liczne pogróżki dotyczące tego, co stanie się z nim po aresztowaniu (strażników można przekupić), udał się na emigrację, na której przebywa od dwóch lat. W międzyczasie nieznani zabójcy zabili jednego z jego przyjaciół, który wstawiał się za nim w kraju. Zastraszone media odcięły się od swojego współpracownika. Politycy nabrali wody w usta, nie chcąc podpadać wpływowym, choć mniejszościowym, katolikom. W trakcie pobytu na emigracji zmarła matka racjonalisty, który nie mógł przybyć do kraju i się z nią pożegnać. Mimo wygnania racjonalista nie daje się jednak złamać i nadal zarządza krajową organizacją racjonalistów, której przewodzi. Żal mu tylko, że nie mógł przytulić matki przed jej śmiercią.

Sanal Edamaruku i Agnelo Gracias

Przewodniczący Stowarzyszenia Indyjskich Racjonalistów, Sanal Edamaruku i biskup pomocniczy Mumbaju, Agnelo Gracias, który zabiegał o aresztowanie Edamaruku za zdemaskowanie 'cudu’.

Tym racjonalistą jest Sanal Edamaruku, przewodniczący Stowarzyszenia Indyjskich Racjonalistów (Indian Rationalist Association). Sprawcą jego problemów jest biskup pomocniczy Mumbaju (dawniej zwanego Bombajem), Agnelo Gracias. Tożsamości głównych postaci tej opowieści wymieniłem dopiero teraz, gdyż wiem, że prześladowania na tle religijnym dotyczące osób z tak egzotycznego kraju jak Indie traktowane są przez część czytelników jako ciekawostki, a nie prawdziwe nieszczęścia. Tymczasem te nieszczęścia są jak najbardziej prawdziwe. Nie trzeba być Polakiem, czy mieszkać w Europie, aby czuć ból wygnania.

Co ciekawe Sanal, zanim wszedł w drogę Kościołowi i biskupowi Mumbaju , demaskował liczne „cuda” muzułmańskie i hinduistyczne. Jeździł nawet po całych Indiach, aby uczyć prostych ludzi odporności na sztuczki religijnych szarlatanów. Programy z tym związane były znane nie tylko w Indiach, ale we wszystkich krajach anglosaskich. Sanal nie zostawiał suchej nitki na uznawanym za boga Satya Sai Babie, a jednak nikt nie zagrażał jego życiu, ani wolności. I to pomimo tego, że wielu wpływowych polityków indyjskich czciło Satya Sai Babę. Wejście w drogę katolickiemu biskupowi okazało się znacznie groźniejsze niż podważanie sentymentów religijnych prezydenta kraju!

Sanal dwukrotnie gościł w Polsce, ostatnio w marcu tego roku. O swojej sytuacji wygnańca opowiedział w wywiadzie dla racjonalista.tv.

Źródło: jacektabisz.natemat.pl

Kościół utrudnia apostazję

Oficjalnie wystąpić z Kościoła to nie jest łatwa sprawa. Jeszcze trudniej zniknąć z kościelnych kartotek. Bo polski Kościół wciąż lubi liczyć martwe dusze.

Grażyna Barzdo-Wach mieszka w Gdańsku, zajmuje się konsultingiem, ma 59 lat. Zanim poszła powiedzieć proboszczowi, że nie chce już należeć do Kościoła, spisała, co jej się z Kościołem kojarzy. Wyszło pół tysiąca wyrazów, w tym: indoktrynacja, podejrzliwość, wrogość, nietolerancja, przemoc, władza, fałsz, bogactwo, tuszowanie niegodziwych czynów.

Złożyła akt apostazji, czyli została – trzymając się kościelnego języka – odstępcą, odszczepieńcem. Aby zostać apostatą, trzeba mieć minimum 18 lat (ma), podać przyczynę odejścia od wiary (załączyła 500 wyrazów), stawić się osobiście w parafii (stawiła się) ze świadkami (wzięła ze sobą córki). Ksiądz powiedział, że córki być nie mogą, więc zadzwoniła po znajomych, przyjechali. Niedługo minie pół roku, odkąd zrobiła wszystko, co trzeba, żeby się wypisać z Kościoła. Powinna dostać skorygowany odpis aktu chrztu. Nie dostała.

Krzysztof Poradziński z Krakowa (28 lat, filozof) złożył akt apostazji ponad dwa lata temu i również wciąż nie ma metryki chrztu z adnotacją, że wystąpił z Kościoła.

Robert Binias, prawnik z Chorzowa, to dopiero ciekawy przypadek. Doszedł do wniosku, że religia jest duchową protezą, a on nie chce się na protezie opierać. Pisemne oświadczenie o tym, że odchodzi z Kościoła, zaniósł proboszczowi 22 lata temu. Pamięta, że sekretarka proboszcza aż się popłakała, bo wtedy takie deklaracje rzadko się zdarzały. Binias sądził, że skoro zrywa z Kościołem, to i Kościół z nim. Po kilkunastu latach coś go tknęło. – Pomyślałem: sprawdzę, jak wygląda sytuacja. Okazało się, że cały czas figurowałem jako wierzący. Proboszcz włożył jego oświadczenie między papiery. Nigdzie tej apostazji nie odnotował. Cały artykuł ->