Zagrożenie ze strony fanatycznych katolików powodem odwołania spektaklu „Golgota Picnic”

Organizatorzy Malta Festiwal w Poznaniu zdecydowali się odwołać spektakl „Golgota Picnic” Rodrigo Garcii. Swoją decyzję uzasadniają względami bezpieczeństwa. Odwołania spektaklu domagali się ludzie Kościoła i religijni politycy.

Scena ze spektaklu ''Golgota Picnic''

Scena ze spektaklu ”Golgota Picnic”

Policja i Urząd Miasta poinformowały organizatorów festiwal, że w dniach 27 i 28 czerwca w Poznaniu ma się odbyć manifestacja około 30 tysięcy przeciwników spektaklu, którzy – jak to określono – będą brali czynny i bierny udział w działaniach uniemożliwiających pokazanie przedstawienia.

Dyrektor festiwalu Michał Merczyński określił tę planowaną manifestację jako „niebezpieczny spektakl nienawiści do odmiennej wizji świata”.

Do udziału w tym powodowanym rzekomo wartościami chrześcijańskimi proteście zachęcani są mężczyźni, a swój akces zgłosili także pseudokibice kilku klubów – pisze Michał Merczyński w swoim oświadczeniu. Zdaniem Policji istnieje duże prawdopodobieństwo, że protestujący tłum sparaliżuje centrum Poznania i siłą wtargnie do budynku CK Zamek – planowanego miejsca pokazu spektaklu

Telefony z pogróżkami, możliwe ataki na widzów

Jesteśmy atakowani jako festiwal, atakowany jest reżyser – Rodrigo García, atakowani są pracownicy festiwalu oraz CK Zamek, którzy otrzymują listy i telefony z pogróżkami. Zwłaszcza te ostatnie, anonimowe, często wulgarne treści zasługują na szczególną krytykę i nie ma dla nich usprawiedliwienia. Zajadłemu szykanowaniu festiwalu towarzyszy jednak coś, czego zignorować nie możemy – groźby możliwego ataku na widzów, aktorów, naszych gości i mieszkańców Poznania, jaki mogą sprowadzić organizowane bez żadnej refleksji nad bezpieczeństwem protesty  – czytamy w oświadczeniu.

Kościół kontra świat kultury

Wśród osób domagających się odwołania spektaklu i wywierających naciski na organizatorów festiwalu byli katoliccy politycy i ludzie Kościoła, m.in. arcybiskup Stanisław Gądecki, który w liście do dyrektora Michała Merczyńskiego określił spektakl jako „bluźnierczy”.

W obronie przedstawienia stanęli przedstawiciele świata kultury. List otwarty w tej sprawie podpisało prawie 300 twórców z Polski i Europy. 25 lat po odzyskaniu niepodległości pokaz spektaklu w przestrzeni zamkniętej na nowo budzi w Polsce pragnienie cenzury prewencyjnej i nawoływania do krucjaty przeciwko artystom – pod tym tekstem podpisali się m.in. noblista John Maxwell Coetzee, Jonny Greenwood (gitarzysta Radiohead), Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Krystian Lupa, Jan A.P. Kaczmarek, Krzysztof Warlikowski, Andrzej Wajda.

Źródła: www.tvn24.pl, wyborcza.pl

Księża zabijali i gwałcili – Rwanda 20 lat temu

Rwanda - ludobójstwo - zbrodnie. Księża gwałcili i zabijali.

Jeden z katolickich duchownych pozwolił ludziom schronić się w przykościelnej wieży, po czym zamknął ich na klucz i wezwał morderców ze spychaczami. „Sprzątnijcie te śmieci”, krzyczał i pozwolił na to, by zburzono wieżę, w której uwięził swoich parafian.

W Rwandzie dochodziło do masakr w kościołach – w zbrodniach uczestniczyli również księża
W Rwandzie dochodziło do masakr w kościołach – w zbrodniach uczestniczyli również księża

Przed dwudziestu laty, dokładnie 6 kwietnia 1994 roku, w Rwandzie rozpoczęły się masowe zbrodnie. Trwały sto dni i przeszły do historii jako jedno z największych ludobójstw w nowożytnych dziejach świata. W małym państwie w środkowej Afryce przez ponad trzy miesiące ekstremiści z grupy ludnościowej  Hutu mordowali rodaków z ludu Tutsi. Według oficjalnych danych, zbrodnie pochłonęły milion ofiar.

16 lat później do Rwandy pojechał polski reporter Wojciech Tochman. Plonem tej wyprawy jest  poruszająca książka „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Autor opowiada o niej w rozmowie z portalem Onet.pl.

Kościół katolicki chowa głowę w piasek

Kościół jest bierny, mówi Tochman, zapytany, czy cieszący się w Rwandzie silną pozycją Kościół katolicki próbuje obecnie pomóc rwandyjskiemu państwu w przebaczeniu lub pojednaniu. A na pewno mógłby sporo zrobić, bo to jedyna dozwolona organizacja, która masowo łączy rzesze Hutu i Tutsi. Ale Kościół chowa głowę w piasek, jakby tam się nic nigdy złego nie stało. W najlepszym wypadku, w rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa, któryś z księży powie w czasie mszy „módlmy się za ofiary wojen w Rwandzie”, albo „za ofiary wojny sprzed 20 lat”.

Kościół unika jednak odważnej konfrontacji z wydarzeniami sprzed lat, ponieważ wymagałaby ona od duchownych, by najpierw stanęli w obliczu swoich grzechów, zaniechań, a nawet zbrodni. Byli tacy księża, którzy gwałcili i zabijali. Niektóre zakonnice donosiły. Większość białych misjonarzy uciekła, chociaż były wyjątki. Tochman pisze  w swojej książce o polskim zakonniku, który ocalił wiele osób. Był jednym z tych, którzy nie uciekli, chociaż, jak mówi reporter, ucieczki z tak strasznego miejsca oceniać nie można, bo nikt z nas nie wie, jakby się na miejscu tych duchownych zachował. Zaznacza, że sam na pewno by uciekł i nie ukrywa tego w swojej książce. Podkreśla jednak, że postawa misjonarzy przed i po ludobójstwie musi podlegać ocenie. Gdy zbrodnie ustały, duchowni wrócili do Rwandy jak triumfatorzy.

Katoliccy księża mają na sumieniu najcięższe grzechy, a przykłady podaje Tochman w swojej książce. Jeden z duchownych pozwolił ludziom schronić się w przykościelnej wieży, po czym zamknął ich na klucz i wezwał morderców ze spychaczami. „Sprzątnijcie te śmieci”, krzyczał i pozwolił na to, by zburzono wieżę, w których uwięził swoich parafian.

Kościół w Kibuye, Rwanda
„Na terenie wokół kościoła w Kibuye były porozrzucane ciała ofiar. Przyjechali Amerykanie, żeby je pozbierać, a Kościół zażądał od nich pieniędzy”

Zamiast rozliczenia z przeszłością – egzorcyzmy

Kościół powinien mówić uczciwie, jak było, podkreśla Tochman, odpowiadając na pytanie, jakie kroki musiałby podjąć Kościół katolicki w celu rozliczenia się ze swoją przeszłością w Rwandzie. Według reportera, Kościół powinien przyznać, że przez dziesiątki lat wspierał lud Hutu, że miał świadomość nadchodzących zbrodni i niewiele uczynił, aby nie stały się one faktem. Co więcej, niektórzy księża, nie wyłączając hierarchów, wiele zrobili, by doprowadzić do lubobójstwa. Kościół musi przyznać,  że katolicy zabijali się nawzajem, że byli księża, którzy mordowali i gwałcili.

Kościół, gdyby odważnie i uczciwie podchodził do sprawy, musiałby wtedy powiedzieć swoim wiernym Hutu: „nic nie zwalnia was z odpowiedzialności, bo w najlepszym wypadku patrzyliście bezczynnie na to, co robią wasi bracia, ojcowie i mężowie”, mówi Tochman i podkreśla, że trudno byłoby znaleźć jakąś rodzinę Hutu, która nie byłaby uwikłana w ludobójstwo, choć oczywiście nie wszyscy popełniali zbrodnie. Kościół próbuje jakoś te morderstwa wytłumaczyć:

„To nie ty mordowałeś” – mówią księża do katów – „to szatan, który mieszkał w tobie”. Egzorcyzmy w Rwandzie są bardzo popularne. Tak Kościół próbuje sobie radzić z traumą ludobójstwa.

Wstrząsające jest to, że nawet w obliczy gigantycznej tragedii, która dotknęła Rwandę, ujawniło się zamiłowanie Kościoła do pieniędzy. Tochman opowiada, że niektórzy księża chcieli zarobić na… trupach ofiar zbrodni. Domagali się zapłaty od ekip, które dokonywały ekshumacji. W Kibuyu stoi kościół, wokół którego na zboczu leżały porozrzucane ciała ofiar. Kiedy przyjechała amerykańska ekipa, aby je zebrać, księża zażądali pieniędzy. Oczekiwali, że Amerykanie pozbierają z przykościelnego terenu kości parafian, których zabito, gdy uciekali z kościoła – a potem im za to zapłacą.

Katoliccy misjonarze: „To nie nasza sprawa”

Kwiecień, maj i czerwiec to miesiące rocznicowych ceremonii żałobnych w Rwandzie. Jedna z tych ceremonii, przypadająca 7 kwietnia, ma charakter państwowy i organizowana jest od kilku lat na stadionie w Kigali. W ciągu tych trzech miesięcy w całej Rwandzie odbywają się również lokalne uroczystości, w rocznice lokalnych rzezi.

Biali misjonarze, polscy księża, przekonywali mnie, żebym nie szedł na uroczystości państwowe, bo jesteśmy tam niemile widzianymi gośćmi, opowiada Wojciech Tochman. Księża tłumaczyli mu, że mieszkańcy Rwandy obwiniają białych za krwawe wydarzenia w tym kraju, a więc obecność na tych uroczystościach nie jest bezpieczna. Mimo tych ostrzeżeń, reporter tam poszedł i poszli tam również wszyscy biali, którzy właśnie przebywali w rwandyjskiej stolicy. Zabrakło jedynie białych misjonarzy i księży.

Zapytany, czy ich nieobecność można wytłumaczyć jako reakcję obronną ludzi, którzy również przeszli traumę, reporter odpowiada: Owszem, przeszli. Patrzyli na zabijanie. I powtarzali, że „to nie jest nasza sprawa”. Jak to nie ich sprawa? Byli tam od 100 lat, nawracali, ewangelizowali, a jak ich owieczki zaczęły się zarzynać, to to nie ich sprawa?

Księża mają tysiące wymówek

Później duchowni ci tłumaczyli się, że ulegli strachowi, gdy trwały zbrodnie, że są tylko ludźmi. Tochman mówi, że to rozumie, ale pyta o to, co się działo potem, kiedy ludobójstwo się skończyło, gdy zagrożenie minęło:

Ja wiem, jak nazywała się spalona na ich oczach dziewczynka, w ich kaplicy, oni tego nie wiedzą. Nigdy nie byli tym zainteresowani.

Arcybiskup Henryk Hoser
W Rwandzie mówi się, że w ewakuacji duchownych ludobójców aktywnie pomagał polski arcybiskup Henryk Hoser. Wojciech Tochman zapytał o to arcybiskupa, lecz nie dostał odpowiedzi.

Reporter opowiada, co zrobili misjonarze, gdy zabito ponad 90 osób przed kościołem w Kigali, gdzie pracowali polscy duchowni: Najpierw wynieśli z kościoła najświętszy sakrament, by nie doszło do profanacji, a potem się schowali w refektarzu. Do dziś nie chcą o tym mówić. Uważają, że to jest ich prywatna trauma.

Właśnie przed tym kościołem co roku 9 kwietnia organizowane są lokalne uroczystości. Przypominają festyn, choć są spokojniejsze. Ludzie opowiadają do mikrofonu swoje historie, mówią, co tu przeżyli, na co patrzyli, kogo stracili, mówi Wojciech Tochman.  A księża siedzą dalej w tym refektarzu, w którym siedzieli wtedy. Nie towarzyszą swoim parafianom w opłakiwaniu zmarłych. Nie pozwala im na to trauma? Mają tysiące rożnych wymówek, szytych grubymi nićmi. Wstyd powtarzać.

Kościół i wierni najchętniej milczą o Rwandzie

Reporter przypomina, że ci „straumatyzowani” katoliccy księża w sierpniu 1994 roku wrócili do Rwandy. Wtedy na tutejszej ziemi leżały jeszcze setki tysięcy trupów, a księża po prostu wrócili do swoich normalnych zajęć i normalnego życia, jakby nic się nie wydarzyło. I tak to wygląda przez minionych 20 lat. Jednak trudno się temu dziwić, bo wśród tych duchownych niewielu jest intelektualistów, ludzi o szerokich horyzontach i odwadze osobistej. Do tej pory rwandyjski Kościół katolicki nie może doczekać się mądrego przywódcy. Nie pojawił się nikt, kto w imieniu tutejszego Kościoła złożyłby przeprosiny za krew, którą przelali jego wyznawcy. Nie pojawił się nikt, kto przeprosiłby tych, którzy ocaleli. W opowieściach księży i hierarchów o wydarzeniach w Rwandzie wciąż mało jest szczerości i otwartości, a za to dużo manipulacji. Ale duchowni najchętniej milczeliby o Rwandzie, podobnie jak wierni Kościoła katolickiego na całym świecie, nie wyłączając Polski. Katolikom niezwykle trudno stawić czoła prawdzie o roli Kościoła w ludobójstwie, więc najchętniej ją odrzucają.

Opowiadając o polskich duchownych, którzy pełnią misję w Rwandzie, Tochman zauważa, że dominuje wśród nich postawa, którą prezentuje arcybiskup Henryk Hoser, odgrywający dużą rolę w rwandyjskim Kościele w latach 90. Są wśród nich rasiści i antysemici. Te prymitywne dowcipy o czarnych, ale także o kobietach. To poczucie wyższości nad tymi, którym przyjechali służyć. To odgradzanie się od wiernych wysokimi murami, metalowymi bramami. Taka formacja.

Zapytany, czy dzisiaj można liczyć na to, że liberalny papież Franciszek odniesie się do sprawy uwikłania Kościoła w rwandyjskie zbrodnie, Wojciech Tochman odpowiada: Miał okazję. Była 20. rocznica ludobójstwa i nie pamiętam, żeby wykonał jakiś gest.

Źródło: onet.pl

Jak religia psuje państwo

W Polsce rozgrywa się osobliwy dramat. Państwo jest moralnie szantażowane przez fundamentalizm religijny i abdykuje w obliczu tego szantażu. Pisze o tym pastor Kazimierz Bem. 

Ks. dr Kazimierz Bem
Ks. dr Kazimierz Bem – prawnik, teolog, pastor ewangelicko-reformowany Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC, USA), członek redakcji „Pisma er”

Najpierw kilka tysięcy lekarzy podpisało kiepski teologicznie manifest. Zadeklarowali w nim, iż w nosie mają państwo i obowiązujące w nim przepisy. Liczy się za to tylko ich sumienie i w jego „obronie” będą łamać prawo. W odpowiedzi minister zdrowia i ultrakonserwatywny minister sprawiedliwości milczą.

Jednym z sygnatariuszy deklaracji jest wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa. Pomimo tego wojewoda nie widzi powodów, by tę osobę odwołać ze stanowiska. Widać, zapowiedź łamania prawa nie jest niczym ważnym w Polsce.

Inna historia. Ministerstwo Zdrowia przesyła ankietę z zapytaniem, czy w przypadkach przewidzianych przez obecne prawo szpitale wykonują zabiegi usunięcia ciąży i jak często. Cztery szpitale wprost piszą, że pomimo obowiązującego prawa nie wykonują takich zabiegów w żadnym wypadku. Ministerstwo odpowiada, że ankieta nie miała charakteru dyscyplinującego, a informacyjny. Zero konsekwencji.

Kolejny obrazek. Znany profesor w świetle kamer przyznaje, że pomimo obowiązującego prawa, które pozwala mu skorzystać z klauzuli sumienia, on stosuje ją tak, jak mu jest wygodnie. I łamie prawo, zmuszając kobietę do urodzenia dziecka w sytuacji, gdy miała prawo do legalnej aborcji. Dlaczego tak czyni? Ano bo tak mu nakazuje sumienie. Jej sumienie zaś się tutaj nie liczy. Przepisy państwa również.

Dopiero pod naciskiem opinii publicznej minister zdrowia przypomina sobie, że jednak państwo jakieś wymagania wobec lekarzy i publicznych placówek stawia. I w efekcie zleca kontrolę szpitala Świętej Rodziny (ale tylko tego!) oraz wspomnianego profesora, czyli Bogdana Chazana.

W odpowiedzi Rzecznik Praw Obywatelskich, znana konserwatystka, proponuje, by jeszcze bardziej ulżyć lekarzom w ich rozterkach moralnych. Jak? Według niej fikcyjny obowiązek przestrzegania przepisów należy przerzucić na dyrektorów szpitali. Tych samych – jak dyrektor Chazan – którzy już teraz, jak wiele na to wskazuje, nie przestrzegają obowiązującego prawa.

Obecna dyskusja nie jest wbrew pozorom o aborcji, choć tak ją przedstawia polska prawica. Jest to dyskusja o granicach religii i państwa. I o tym co robić, gdy nasze sumienie kłóci się z przepisami prawa.

Jako pastor nie neguję w żadnym wypadku znaczenia sumienia dla etycznego życia. Pamiętam chociażby o francuskich kalwinistach podczas II Wojny Światowej ukrywających Żydów, czy też o kwakrach i pacyfistach, którym sumienie nie pozwala walczyć w szeregach armii. Wiem, że są sytuacje, gdy sumienie zmusza nas do sprzeciwu wobec nieludzkich praw. Gdy państwo nie daje nam innego wyjścia niż złamanie prawa.

Chcę wyraźnie napisać, że Rzeczpospolita Polska w 2014 roku nie tworzy takiej sytuacji dla naszych sumień.

Otóż nikt lekarzy nie zmusza do pracy w publicznych placówkach. Nikt ich nie zmusił do bycia ginekologiem, do zajmowania się trudnymi ciążami. Sami wybrali medycynę, następnie sami wybrali specjalizację, by wreszcie dobrowolnie wybrać miejsce pracy. I teraz – jak wszyscy pracownicy – muszą się dostosować do przepisów pracodawcy.

Jeśli ich katolicka wiara nie pozwala na leczenie wszystkimi prawnie dozwolonymi metodami i we wszystkich okolicznościach dopuszczanych przez to prawo, winni albo zatrudnić się w prywatnych, katolickich placówkach, albo najzwyczajniej w świecie zmienić zawód.

Narzucanie państwu i pacjentom swoich przekonań religijnych niczym nie różni się od narzucenia „niewiernym” szariatu przez islamistów. Czy naprawdę marzy nam się kamienowanie kobiet? Zimny uśmiech posła Gowina czy pełen słodyczy głos profesora Chazana doprawdy niewiele dzieli od żelaznego spojrzenia jednookiego Mułły Omara.

Państwo, które ustępuje fanatykom, nigdy nie zazna spokoju. Religia, która daje się manipulować fanatykom, nie chwali Boga, tylko Bogiem poniewiera. Tak oto stajemy się powoli przestrzenią słabego państwa, złej religii i fikcyjnych obywateli.

Źródło: www.pismoer.pl

Deklaracja katolickich lekarzy dzieli ludzi

Lekarz nie ma prawa zostawić ludzi w potrzebie, powołując się na swoją wiarę – mówi profesor Zbigniew Szawarski w rozmowie z Agnieszką Kublik

Agnieszka Kublik: Dyskusja wokół ”Deklaracji wiary lekarzy” dotyczy sporu o prymat sumienia lekarza nad prawem pacjenta?

Prof. Zbigniew Szawarski

Prof. Zbigniew Szawarski – etyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego; pracuje w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego. Przewodniczący Komitetu Bioetyki przy prezydium PAN.

Zbigniew Szawarski: To jest coś znacznie poważniejszego. To jest deklaracja przede wszystkim polityczna, pierwszy krok w przejściu od demokracji do teokracji. I dlatego uważam tę deklarację za wyjątkowo niebezpieczną.

Lekarz może powiedzieć tak: „Przede wszystkim jestem katolikiem, a potem dopiero lekarzem”. Ale może i tak: „Przede wszystkim jestem lekarzem, a potem katolikiem, Żydem, ateistą itd., bo jestem lekarzem w sensie globalnym, leczę w każdym miejscu świata, każdego pacjenta, nie pytam go o wyznanie, kim jest, w co wierzy, ani on mnie nie pyta”.

Lekarz ma pomóc człowiekowi w potrzebie, choremu, cierpiącemu, umierającemu. Dla mnie najdoskonalszym wzorem zachowania lekarza jest biblijny dobry Samarytanin, który zatrzymuje się i pomaga człowiekowi poranionemu przez zbójców.

„Deklaracja” dotyczy sumienia, nie leczenia
.

– I to jest jej najbardziej niebezpieczny punkt. Powiada bowiem, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie, oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła. A co, jeśli Duch Święty przygasa? Albo lekarz nie jest biegły w teologii? Albo nie jest pewien, jak postąpić, kiedy nauka Kościoła jest niejasna? Powinien iść do swego ojca spowiednika i o to zapytać. I ten mu powie, co jest słuszne, co jest zgodne z nauką Kościoła, a co nie? A eksperci bioetyczni Kościoła nie mają wątpliwości. Mają na biurku telefon do Pana Boga. Mają mistyczne okulary, które pozwalają im widzieć kamienne tablice Pana Boga z wyrytym prawem boskim, które jest jakoby wyższe niż wszelkie inne prawa ustanowione przez człowieka? I żeby nie było nieporozumień: owo prawo boskie nie sprowadza się jedynie do Dekalogu.

Bardzo pan wzburzony tą deklaracją.

– Tak, bo ma niepokojące skutki społeczne. To już się zaczęło. Typowym objawem takiego fanatycznego zachowania jest odzywka Marysi z Gorzowa do premiera Tuska: ”Pan jest zdrajcą”. Ona wie lepiej, ona kieruje się zapewne sumieniem oświeconym i nie ma żadnych wątpliwości moralnych. A przecież ”zdrajca” to jedno z najpoważniejszych i najbardziej okrutnych oskarżeń moralnych człowieka.

„Deklaracja” rodzi ogromne podziały. Dzieli lekarzy, dzieli pacjentów. Dzieli nas na tych, którzy wiedzą, i tych, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek kontaktu z Bogiem.

Gdyby każda wolna profesja czuła się zobligowana do sformułowania i podpisania podobnej deklaracji, gdyby np. prokuratorzy, sędziowie, adwokaci napisali deklarację, w której stwierdzają stanowczo, że katolicki prokurator, sędzia czy adwokat kieruje się tylko i wyłącznie prześwietlonym Duchem Świętym sumieniem i nauką Kościoła, to skutki byłyby katastrofalne. Dla państwa i przede wszystkim dla społeczeństwa. Wyobraża sobie pani katolickiego sędziego, który wydaje zgodę na rozwód? Albo katolickiego prokuratora, który bezlitośnie ściga księży pedofilów?

Może nie powinniśmy wybierać zawodu, który jest w kolizji z naszym sumieniem.

– W Wielkiej Brytanii kolegium ginekologii i medycyny reprodukcyjnej wydało niedawno ostrzeżenie, że ci, którzy nie będą chcieli realizować pełnego kursu kształcenia, obejmującego m.in. antykoncepcję czy sposoby zapobiegania ciąży, nie otrzymają dyplomu.

Świadkowie Jehowy są stanowczo przeciwni przetaczaniu krwi. Nie wyobrażam sobie chirurga, który byłby świadkiem Jehowy. Bo chirurdzy regularnie stają wobec konfliktu: przetoczyć czy nie przetoczyć. Świadek Jehowy może być doskonałym dermatologiem czy psychiatrą, ale nie chirurgiem, bo z góry wie, czego nie będzie czynić. Byłoby dobrze, gdyby nasi lekarze brali pod uwagę złożoność życia społecznego i moralnego i komplikacje, jakie rodzi współczesna medycyna.

”Deklaracja” to odpowiedź na głos Komitetu Bioetyki PAN, że klauzula sumienia jest przez lekarzy nadużywana i służy narzucaniu pacjentom przekonań moralnych.

– I podtrzymujemy to stanowisko. Większość sporów wypływa z prostego niezrozumienia dwóch sytuacji: co innego kierować się w życiu sumieniem – a każdy z nas powinien kierować się własnym sumieniem – a co innego wykonywać pewien zawód i jako jego przedstawiciel korzystać z klauzuli sumienia.

Klauzula ta to konstrukcja prawna wpisana w ustawę o zawodzie lekarza. Stanowi ona wyraźnie, że lekarzowi wolno odmówić wykonywania pewnych zabiegów sprzecznych z jego poglądami moralnymi, ale pod pewnymi warunkami. Lekarz taki musi znaleźć dla pacjenta innego lekarza, nie wolno mu zostawić pacjenta bez pomocy; musi też wpisać to do akt. I ten pierwszy warunek lekarze kontestują. Mówią: „Dlaczego mam wskazywać innego lekarza, ja nie chcę przykładać do tego ręki”. Ale jeśli lekarz powołuje się na klauzulę, to powinien powoływać się na jej całość, a nie tylko na tę część, że może odmówić badania czy zabiegu. Musi poradzić pacjentowi, gdzie znajdzie innego lekarza, bo prawo pacjenta do uzyskania przysługujących mu ustawowo świadczeń jest równie ważne jak prawo lekarza do skorzystania z klauzuli sumienia. Lekarz, który tego odmawia, łamie prawo i powinien ponieść konsekwencje swojej decyzji.

Pacjenci powinni się skarżyć?

– Oczywiście. Ale nie słyszałem, żeby kiedykolwiek w Polsce odbył się proces z powodu nieposłuszeństwa obywatelskiego lekarza, który w imię wiary ignoruje przepis prawa. Bo ta „Deklaracja” jest wezwaniem do nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec obowiązującego w Polsce prawa i to dodatkowo pokazuje, jak bardzo jest niebezpieczna.

Jest już reakcja. W internecie prawie 2,7 tys. podpisów figuruje pod deklaracją „Nie podpisuję Deklaracji wiary lekarzy „.

– „Deklaracja” już zaczyna dzielić społeczność lekarską i będzie dalej dzieliła społeczeństwo. Jestem zdania, że lista lekarzy i pielęgniarek podpisanych pod „Deklaracją” powinna znaleźć się na stronie Ministerstwa Zdrowia i powinna być systematycznie aktualizowana. Jest to bowiem wiarygodna informacja dla pacjentów i wszelkich publicznych klinik, szpitali i ośrodków zdrowia. To lista lekarzy, którzy uczciwie i bez przymusu deklarują: „Na mnie nie liczcie. Nie będę respektować tego przepisu ustawy o zawodzie lekarza, który odnosi się do klauzuli sumienia”. I to jest pewne, częściowe rozwiązanie, kto ma informować o dostępności takich lub innych kontrowersyjnych moralnie procedur.

„Mam ratować życie i zdrowie, to Pan Bóg stworzył medycynę” – to głos lekarza, który podpisał drugą deklarację.

– Nie plączmy do tego Pana Boga. Medycynę stworzyli ludzie. Fundamentalnym obowiązkiem lekarza jest pomóc pacjentowi, lekarz nie ma prawa zostawiać go w potrzebie.

W dużych miastach można pewnie szybko znaleźć innego lekarza. Ale w małym mieście, na wsi?

– To katastrofa. I to państwo ponosi odpowiedzialność za takie funkcjonowanie systemu zdrowia. Obawiam się, że nasze agendy rządowe są tutaj całkowicie bezradne. Nie mają tu nic do powiedzenia. Bo jeśli państwo wprowadza ustawy, przyznaje pacjentom prawa do pewnych procedur, to jest i moralnie, i prawnie zobowiązane do stworzenia takich warunków, aby te ustawy były respektowane.

„Deklarację wiary” podpisało 3 tys. lekarzy i studentów medycyny na ok. 120 tys. czynnych lekarzy.

– To nie jest kwestia liczb. Nawet gdyby ją podpisało 100 czy 300 lekarzy, to jest to sygnał pojawiającej się tendencji, która stanowi zagrożenie dla ładu społecznego i moralnego w naszym kraju. Nie chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym istnieją dwa rodzaje sumienia – jedyne prawdziwe „sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła” i sumienie zwykłego człowieka, które oczywiście jest omylnym sumieniem gorszego rodzaju, bo nie ma istotnego kontaktu ani z Duchem Świętym, ani z nauką Kościoła. Bo wtedy zaczynamy patrzeć na siebie wilkiem, niczym w Hobbesowskim stanie natury, w którym „Homo homini lupus est”.

Czekam na reakcję państwa. Niepokojące jest to, że państwo nie reaguje, kiedy otwarcie wzywa się do bojkotu prawa. To jest dowód słabości albo bezradności, albo totalnej ignorancji lub podejrzanego moralnie koniunkturalizmu państwa, które chce rozgrywać własne interesy polityczne kosztem pacjenta. Przede wszystkim kosztem pacjenta.

Źródło ->