Prof. Tadeusz Bartoś: Zdemoralizowany kler

'To, co pokazano w filmie, nie jest fantazją', mówi o 'Klerze' prof. Tadeusz Bartoś.

To, co pokazano w filmie, nie jest fantazją, mówi o „Klerze” prof. Tadeusz Bartoś. Filozof, teolog, niegdyś dominikanin, był jednym z konsultantów nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego; doradzał producentom, gdy zbierali informacje na temat działalności kleru. 

Duchowni w Polsce są jedną z najbardziej zdemoralizowanych grup społecznych, mówi prof. Bartoś w rozmowie z „Gazetą Pomorską”. W licznych wymiarach życia kler nie jest objęty kontrolą prawną. A wszędzie tam, gdzie nie ma nadzoru rodzą się patologie w sferze finansów i obyczajów.

Profesor przypomniał rządową Ko­mis­ję Ma­jąt­ko­wą, któ­ra speł­nia­ła ży­cze­nia du­chow­nych  w od­zys­ki­wa­niu ma­jąt­ków i by­ła wy­ra­zem ich uprzy­wi­le­jo­wa­nia. Ale to tyl­ko czu­bek gó­ry lo­do­wej. W Pols­ce – ina­czej niż we Fran­cji, Niem­czech czy Wiel­kiej Bry­tanii –  fi­nan­se Koś­cio­ła są po­za ja­ką­kol­wiek kon­tro­lą.

Prof. Tadeusz Bartoś - zdemoralizowany kler
Prof. Tadeusz Bartoś: gdy nie ma nadzoru, rodzą się patologie
w sferze finansów i obyczajów

Grupa o charakterze mafijnym

Kościół nie musi prowadzić ścisłej księgowości. Każdy z nas może wrzucić na tacę dowolną kwotę; ktoś, kto bardzo kocha Kościół może nawet podarować księdzu parę milionów złotych, a on tego nie musi nigdzie księgować. Mamy przepisy, które tworzą z Kościoła grupę stojącą poza prawem, gdzie np. można łatwo prać brudne pieniądze. A prokuratura i służby niezbyt interesują się tą grupą. Przecież w całym kraju budowane są kościoły, sanktuaria, a nikt nie kontroluje zbierania pieniędzy na te gigantyczne inwestycje, mówi Tadeusz Bartoś. Pod względem finansów Kościół to jest państwo w państwie.

Inaczej jest np. w niemieckim Kościele katolickim, gdzie księża otrzymują pensje i reguluje to prawo państwowe. Wszyscy wiedzą, ile zarabia proboszcz, ile wikary. Tymczasem w Polsce mamy układ zamknięty i grupę o charakterze mafijnym: jak ktoś fika, to ląduje na wiejskiej parafii, na której nie będzie miał z czego żyć. A jak będzie grzeczny, wszystkiemu przytaknie, to będzie miał dochody.

Przemilczeć pedofilię

W kwestii przestępstw pedofilskich mamy zmowę milczenia, którą wypracował sam Kościół. W latach 60. ubiegłego wieku została ona sformalizowana w dokumencie „Crimen Sollicitationis” – o przestępstwach napastowania seksualnego, w którym szczegółowo opisuje się, jak to ukrywać. Ofiara pedofila w sutannie była zobowiązana do milczenia – nie mogła ujawnić tego przestępstwa pod groźbą kościelnej kary. W duchu tej instrukcji działali wszyscy biskupi.

Pomyślmy o biskupie Karolu Wojtyle, o biskupie Bergoglio, którzy prawdopodobnie też zachowywali tę instrukcję. Została ona zmieniona dopiero na początku XXI wieku po ujawnieniu skandali pedofilskich. Ale nawet w dzisiejszych watykańskich instrukcjach nie ma obowiązku informowania wymiaru sprawiedliwości o przestępstwach pedofilskich popełnianych przez duchownych.

Bez samooczyszczenia

Intencją Kościoła nie jest samooczyszczenie, lecz ekspansja i oddalanie zagrożeń, związanych np. z pedofilią i złą opinią o duchowieństwie. Biskupi mogą wyrazić żal i zapewnić, że modlą się za ofiary, ale ich strategia opiera się na maksymalnym ograniczaniu konsekwencji finansowych i wizerunkowych. Dlatego katoliccy duchowni wkładają bardzo wiele wysiłku w budowanie swojego wizerunku; chcą, by uważano ich za świętych, nawet jeśli nimi nie są. Stąd cały repertuar gestów, słów i strojów – teatr uświęcania siebie. I minimalizowanie skutków skandali, mówi Tadeusz Bartoś. Tak działa instytucja, która nie kieruje się żadną moralnością, a jedynie chęcią ochrony stanu posiadania oraz zachowania twarzy.

Marketing i chwyty reklamowe

Kościół buduje swój publiczny wizerunek nauczając o ewangelicznej miłości i dobroci. To element marketingu. Kościół naucza wzniosłych rzeczy, by ludzie o nim myśleli, że jest siedliskiem takich wzniosłych, dobrych i pięknych rzeczy. Jednak rzeczywistym celem Kościoła jest ekspansja, nawrócenie wszystkich. Widać to w Nowym Testamencie, zwłaszcza w nauce św. Pawła. Ci, którzy się nie nawrócą, skazani są na wieczne potępienie, a wiec wieczne cierpienie. To wpajanie strachu, a nie miłości. Nauka chrześcijańska jest wychowaniem w strachu. Jest nauką zniewolenia i całkowitego podporządkowania duchowieństwu. Tak to działa, mówi prof. Bartoś.

Aby to lepiej wyglądało, Kościół mówi o miłości, pomocy bliźniemu i nadstawianiu drugiego policzka. Jest to jednak tylko warstwa reklamowa. Ludzie są nabierani na bardzo dobry marketing, na reklamę, że niby jest wspaniała idea, ale ludzie są grzeszni, a Kościół jest święty. To chwyty reklamowe, a w gruncie rzeczy łgarstwa, które mają dać nimb świętości grupie duchownych. Dzięki tej strategii kler może realizować swoje potrzeby władzy, dominacji i pieniędzy.

Źródło: plus.pomorska.pl

Watykan zarabia na świętości: 750 tys. euro za kanonizację

Znów okazuje się,  że w działalności Kościoła katolickiego zasadniczą rolę odgrywają pieniądze. Każdy proces kanonizacyjny to transakcja handlowa, na której Watykan zarabia setki tysięcy euro. Co więcej,  nie księguje tych pieniędzy.

„Via Crucis”, książka Gianluigiego Nuzzi o finansach Watykanu

 

 

Informacje o wielkich dochodach Watykanu z procesów kanonizacyjnych i beatyfikacyjnych zawarte są w jednej z wydanych niedawno dwóch książek o nadużyciach finansowych za Spiżową Bramą. Książka nosi tytuł „Via Crucis” [Droga krzyżowa], a jej autorem jest znany włoski dziennikarz śledczy Gianluigi Nuzzi. (Jednocześnie ukazał się angielski przekład tej książki pod tytułem „Merchants in the Temple” [Kupcy w świątyni].)

Książka oparta jest na poufnych watykańskich dokumentach i nagraniach, które zostały wyniesione z Watykanu przez pracowników kurii rzymskiej.

Kościół zarobił dziesiątki milionów euro na swoich świętych

Nuzzi pisze, że średnia cena za kanonizację to około 500 tysięcy euro, a najwyższe ceny dochodzą do 750 tysięcy euro. „Obejmują one m.in koszty wszystkich prezentów, które trzeba wręczyć hierarchom zaproszonym do udziału w ceremoniach i uroczystościach organizowanych w kluczowych fazach procesu kanonizacyjnego. Hierarchowie ci mają powiedzieć kilka słów na temat cudów dokonanych przez przyszłego świętego lub błogosławionego”, pisze Nuzzi w swojej książce. Dodaje, że procesy, które nie przyciągają hojnych donatorów bywają odwlekane.

Wszelkie zyski z darów mających pomóc w uzyskaniu świętości teoretycznie powinny wpływać na konto funduszu do spraw ubogich, utworzonego w Banku Watykańskim. Ale fundusz ten pozostaje w stagnacji – dysponuje sumą zaledwie kilkuset tysięcy euro, a w ciągu minionych dwóch lat biedni nie otrzymali z niego ani centa. Tymczasem Watykan uzyskuje milionowe dochody za wynoszenie na ołtarze kandydatów do świętości. Nuzzi przypomina, że sam Jan Paweł II  beatyfikował 1338 osób w 147 procesach i kanonizował 482 osoby w 51 procesach. Jednak w Watykanie nie ma dokumentów dotyczących finansowych aspektów tych działań. „Nie ma żadnej księgowości dokumentującej działalność, która przyniosła zyski rzędu kilkudziesięciu milionów euro”, pisze Nuzzi.

Wiara katolicka – znakomite źródło dochodów

Dziennikarz podkreśla, że Watykan dysponuje ogromnym majątkiem, lecz nie sprawuje nad nim kontroli, przez co dochodzi do korupcji. Z książki Nuzziego – oraz drugiej publikacji pod tytułem „Avarizia” [Chciwość] autorstwa Emiliana Fittipaldiego – można ponadto dowiedzieć się o przywłaszczaniu pieniędzy przeznaczonych na cele dobroczynne, wielkich pieniądzach lokowanych m.in. w nieruchomościach, przywilejach finansowych watykańskich dostojników i milionach euro, które znikają z Watykanu w niewyjaśnionych okolicznościach.

Z rozległości i skali finansowych działań Watykanu oraz nadużyć związanych z tymi działaniami wynika jedno: o ile wierni Kościoła katolickiego na całym świecie mogą być przekonani, że w Kościele chodzi o Boga, świętość, zbawienie itd., to w rzeczywistości za działalnością tej instytucji kryją się zwykłe interesy finansowe. Nie po raz pierwszy okazuje się, że religijność milionów ludzi to świetna okazja do zarabiania dużych pieniędzy.

Źródła: www.thetimes.co.uk, www.businessinsider.com

Przemoc i wyzwiska na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Profesor skazany

Profesor Jan K. z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego został skazany za popychanie, wyzywanie od małpiszonów i pomówienie podwładnej. Będzie musiał zapłacić 4 tysiące złotych grzywny. Panią doktor, którą profesor tak potraktował, katolicka uczelnia zwolniła z pracy, ale sąd zmusił uniwersytet do przyjęcia jej z powrotem.

Doktor Sabina Bober przez kilka lat była pracownikiem w Katedrze Historii Ruchów Społeczno-Politycznych XIX i XX Wieku KUL. Katedrą kierował wówczas profesor Jan K. W styczniu 2010 roku – jak relacjonuje pani doktor – przełożony ją zaatakował. Wypchnął za drzwi, uderzył w plecy. Wyrzucił za mną moją reklamówkę z książkami, płaszcz i torebkę, z której wysypały się moje rzeczy. Studenci wszystko widzieli. Byłam w szoku, nikt mnie tak nigdy nie upokorzył, opowiada Sabina Bober.

Zrobiła obdukcję i wytoczyła proces karny swojemu przełożonemu, którego oskarżyła również o to, że wcześniej pomówił ją i znieważył w obecności studentów na seminarium.

Doktor Bober opowiada, że profesor Jan K. już wcześniej ją szykanował: W pewnym momencie powiedział, żebym pisała mu artykuły. Chciał się podpisywać pod moimi publikacjami. Powiedziałam mu, że nigdy tego nie zrobię, bo to jest niezgodne z etyką naukowca i z moim sumieniem. Od tego momentu dawał mi do zrozumienia, że on mnie w instytucie, w katedrze nie chce.

KUL upomina profesora, a jego ofiarę… zwalnia z pracy

Gdy doktor Bober poinformowała władze katolickiej uczelni o tym, że Jan K. zaatakował ją i znieważył, profesor został ukarany jedynie upomnieniem. Po tym, gdy się odwołał, postępowanie wobec niego zostało zawieszone na czas zakończenia postępowania sądowego. Natomiast pani doktor dostała wymówienie w czerwcu 2012 roku. Oficjalny powód? Brak godzin.

Sabina Bober pozwała uniwersytet do sądu pracy. W styczniu sąd prawomocnie nakazał ją przywrócić. Zdziwienie budzi postępowanie pracodawcy [KUL], jeżeli wyraża się zgodę pracownikowi na otwarcie przewodu habilitacyjnego, przyznaje się stypendium, a potem nagle, w trakcie habilitacji, urywa się karierę zawodową, wypowiadając mu umowę o pracę bez uzasadnionych przyczyn. Pewne zasady postępowania etycznego w ocenie sądu zostały naruszone, ocenił sąd.

KUL zdecydowanie zaprzeczał, jakoby zwolnił panią doktor w rewanżu za to, że nie chciała wycofać sprawy karnej przeciwko profesorowi K.

Sąd uznał, że naukowiec dopuścił się zarówno naruszenia nietykalności cielesnej dr Bober (wypchnął ją z pokoju), jak i pomówił (miesiąc wcześniej krzyczał, że została zwolniona z poprzedniej pracy) i zniesławił (nazwał ją „kawałem małpiszona”) w obecności studentów. 

Jan K. w swoich wyjaśnieniach nie kwestionował, że doszło do naruszenia nietykalności cielesnej doktor Bober, ale marginalizował własną rolę. Nie było go na ogłoszeniu wyroku. Adwokat profesora powiedział, że jego klient prawdopodobnie będzie się odwoływał.

Według strony internetowej KUL, profesor Jan K. wciąż jest szefem Katedry Historii Ruchów Społeczno-Politycznych XIX i XX wieku.

Źródło: wyborcza.pl

Ksiądz zamiast psychologa. Katolicy promują groźną alternatywę dla profesjonalnej pomocy

Psycholog nie jest ci potrzebny. Wystarczy, że porozmawiasz z księdzem – przekonują katoliccy publicyści. Po co płacić za wizytę w gabinecie, skoro można pogadać z duchownym? Ale taka rozmowa, choć może mieć znacznie dla osoby wierzącej, nie stanowi remedium na wszystkie bolączki.

Katoliccy publicyści coraz częściej namawiają, by całkowicie zawierzyć Bogu (czyli w praktyce księdzu) i zrezygnować ze specjalistycznej pomocy psychologów, szkolonych przez pięć lat studiów. Niestety, zrównywanie kompetencji duchownego i psychologa może okazać się szkodliwe.  

Łaska Jezusa wyleczy cię w jednej chwili

Tomasz Teluk

”Moc uzdrawiania należy do Chrystusa”, twierdzi katolicki filozof i publicysta Tomasz Teluk

Należy pamiętać, że moc uzdrawiania, także w aspekcie psychicznym czy psychologicznym należy do Chrystusa, pisze filozof i publicysta Tomasz Teluk w katolickim portalu Fronda. Liczne świadectwa dowodzą, że można osiągnąć ten sam efekt terapeutyczny, nie tylko przez lata pracy z wykwalifikowanym terapeutą, ale w jednej chwili, dzięki wierze i działaniu łaski Jezusa Chrystusa.

Przegląd katolickich czasopism i stron internetowych pokazuje, że przydatność psychologii jest kwestionowana na każdym kroku, a psychologowie traktowani są jako konkurencja dla księży i egzorcystów. Pojawiły się ostrzeżenia, że w zsekularyzowanym świecie psychologia staje się religią, a psychoterapeuci świeckimi kapłanami, przekonuje Grzegorz Górny na łamach „Przewodnika Katolickiego”. Psychologowie zajęli więc miejsce kapłanów. Z problemami, z jakimi kiedyś zwracano się do księdza, zaczęto udawać się do psychoterapeutów, psychoanalityków, psychiatrów. Miejsce spowiednika i kierownika duchowego zajął psycholog, a rolę konfesjonału przejęła kozetka.

Ksiądz Marek Dziewiecki

Ksiądz Marek Dziewiecki: ”Religia jest efektem Objawienia, a psychologia jest omylna”

Psycholog jak faryzeusz

Ksiądz Marek Dziewiecki na łamach Frondy porównuje psychologów do faryzeuszy, którzy tylko udają ludzi sprawiedliwych: Naprawdę pomaga cierpiącym ludziom tylko ten, kto uwzględnia nie tylko ich subiektywne przekonania czy emocjonalne przeżycia, ale też ich więź z Bogiem, ich sumienie, ideały i hierarchię wartości. Ksiądz podkreśla, że religia chrześcijańska jest efektem Bożego Objawienia, natomiast psychologia jako dzieło ludzkie jest omylna.

Tę linię wspierają niektórzy katoliccy psychologowie. Szokujące jest to, że wśród nich są osoby zabobonnie wierzące w złe duchy i inne mroczne siły. Podczas konsultacji dla księży egzorcystów wiele razy stwierdzałam istnienie czegoś, co przekracza wiedzę psychologiczną i co można przypisać działaniu złych duchów, upadłych aniołów, mówi Anna Ostaszewska ze Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich. Przekonuje też, że alergiczne reagowanie na symbole religijne i sakramenty to jeden z dowodów, że mamy do czynienia z opętaniem, a nie chorobę psychiczną. Nie bierze jednak pod uwagę, że może to być reakcja na traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, na przykład molestowanie. Dlaczego? Bo taka interpretacja nie spodobałaby się Kościołowi.

Profesjonalista: nie szukać pomocy u szarlatanów, wróżek i księży

Konrad Maj

Psycholog Konrad Maj: ”Przestrzegam księży przed doradzaniem osobom mającym problemy”

Konrad Maj, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, mówi, że osoba bez przygotowania  może zauważyć, że coś jest nie tak z członkiem rodziny lub znajomym, ale to nie znaczy, że może mu skutecznie pomóc. To tak jak z chorobą medyczną: widać, że coś się dzieje, ale tylko lekarz jest w stanie stwierdzić, co jest nie tak, porównuje psycholog.

W niektórych przypadkach wystarczy ciepła woda z miodem i wygrzanie się pod pierzyną, ale czasami trzeba poważnego leczenia. Tak samo jest w psychologii, wyjaśnia doktor Maj. Przypomina historię Violetty Villas, która przeżywała problemy psychologiczne, jednak jej opiekunka nie dopuszczała do niej pomocy, co miało tragiczny finał.

Niektórzy szukają pomocy u szarlatanów, wróżek, ludzi, którzy nie mają wiedzy. To niebezpieczne. Do tej grupy trzeba też zaliczyć księży. Oni mogą pomóc jeśli chodzi o wątpliwości dotyczące wiary, mówi psycholog. Przestrzegam księży przed doradzaniem osobom mającym problemy. Szczególnie jeśli to się sprowadza do tego, żeby się więcej modlić czy powtarzania, że cierpienie uszlachetnia, a słyszałem o wielu takich przypadkach, dodaje doktor Maj.

Ksiądz ma tę samą receptę na wszystko

Niestety księża mają najczęściej jedną i tę samą receptę na wszystko. Zbyt często sprowadzają wszystko do spraw religijnych, a nie psychologicznych. Dla nich lekarstwem jest z reguły modlitwa, a to zachowanie bierne, a nie aktywne, zupełnie nieprzydatne jeśli ktoś jest bity w domu albo ma myśli samobójcze. To zbyt mało, mówi psycholog. Podkreśla, że księża nie powinni przejmować odpowiedzialności, tylko pozwolić działać wykwalifikowanym psychologom.

W Polsce nadal nie jest popularne zwracanie się o pomoc do psychologa czy psychiatry. Wiele osób traktuje to jako przejaw słabości, a nawet powód do wstydu. Także dzięki niekompetentnej publicystyce katolickich dziennikarzy.

Źródło: natemat.pl