Deklaracja katolickich lekarzy dzieli ludzi

Lekarz nie ma prawa zostawić ludzi w potrzebie, powołując się na swoją wiarę – mówi profesor Zbigniew Szawarski w rozmowie z Agnieszką Kublik

Agnieszka Kublik: Dyskusja wokół ”Deklaracji wiary lekarzy” dotyczy sporu o prymat sumienia lekarza nad prawem pacjenta?

Prof. Zbigniew Szawarski

Prof. Zbigniew Szawarski – etyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego; pracuje w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego. Przewodniczący Komitetu Bioetyki przy prezydium PAN.

Zbigniew Szawarski: To jest coś znacznie poważniejszego. To jest deklaracja przede wszystkim polityczna, pierwszy krok w przejściu od demokracji do teokracji. I dlatego uważam tę deklarację za wyjątkowo niebezpieczną.

Lekarz może powiedzieć tak: „Przede wszystkim jestem katolikiem, a potem dopiero lekarzem”. Ale może i tak: „Przede wszystkim jestem lekarzem, a potem katolikiem, Żydem, ateistą itd., bo jestem lekarzem w sensie globalnym, leczę w każdym miejscu świata, każdego pacjenta, nie pytam go o wyznanie, kim jest, w co wierzy, ani on mnie nie pyta”.

Lekarz ma pomóc człowiekowi w potrzebie, choremu, cierpiącemu, umierającemu. Dla mnie najdoskonalszym wzorem zachowania lekarza jest biblijny dobry Samarytanin, który zatrzymuje się i pomaga człowiekowi poranionemu przez zbójców.

„Deklaracja” dotyczy sumienia, nie leczenia
.

– I to jest jej najbardziej niebezpieczny punkt. Powiada bowiem, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie, oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła. A co, jeśli Duch Święty przygasa? Albo lekarz nie jest biegły w teologii? Albo nie jest pewien, jak postąpić, kiedy nauka Kościoła jest niejasna? Powinien iść do swego ojca spowiednika i o to zapytać. I ten mu powie, co jest słuszne, co jest zgodne z nauką Kościoła, a co nie? A eksperci bioetyczni Kościoła nie mają wątpliwości. Mają na biurku telefon do Pana Boga. Mają mistyczne okulary, które pozwalają im widzieć kamienne tablice Pana Boga z wyrytym prawem boskim, które jest jakoby wyższe niż wszelkie inne prawa ustanowione przez człowieka? I żeby nie było nieporozumień: owo prawo boskie nie sprowadza się jedynie do Dekalogu.

Bardzo pan wzburzony tą deklaracją.

– Tak, bo ma niepokojące skutki społeczne. To już się zaczęło. Typowym objawem takiego fanatycznego zachowania jest odzywka Marysi z Gorzowa do premiera Tuska: ”Pan jest zdrajcą”. Ona wie lepiej, ona kieruje się zapewne sumieniem oświeconym i nie ma żadnych wątpliwości moralnych. A przecież ”zdrajca” to jedno z najpoważniejszych i najbardziej okrutnych oskarżeń moralnych człowieka.

„Deklaracja” rodzi ogromne podziały. Dzieli lekarzy, dzieli pacjentów. Dzieli nas na tych, którzy wiedzą, i tych, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek kontaktu z Bogiem.

Gdyby każda wolna profesja czuła się zobligowana do sformułowania i podpisania podobnej deklaracji, gdyby np. prokuratorzy, sędziowie, adwokaci napisali deklarację, w której stwierdzają stanowczo, że katolicki prokurator, sędzia czy adwokat kieruje się tylko i wyłącznie prześwietlonym Duchem Świętym sumieniem i nauką Kościoła, to skutki byłyby katastrofalne. Dla państwa i przede wszystkim dla społeczeństwa. Wyobraża sobie pani katolickiego sędziego, który wydaje zgodę na rozwód? Albo katolickiego prokuratora, który bezlitośnie ściga księży pedofilów?

Może nie powinniśmy wybierać zawodu, który jest w kolizji z naszym sumieniem.

– W Wielkiej Brytanii kolegium ginekologii i medycyny reprodukcyjnej wydało niedawno ostrzeżenie, że ci, którzy nie będą chcieli realizować pełnego kursu kształcenia, obejmującego m.in. antykoncepcję czy sposoby zapobiegania ciąży, nie otrzymają dyplomu.

Świadkowie Jehowy są stanowczo przeciwni przetaczaniu krwi. Nie wyobrażam sobie chirurga, który byłby świadkiem Jehowy. Bo chirurdzy regularnie stają wobec konfliktu: przetoczyć czy nie przetoczyć. Świadek Jehowy może być doskonałym dermatologiem czy psychiatrą, ale nie chirurgiem, bo z góry wie, czego nie będzie czynić. Byłoby dobrze, gdyby nasi lekarze brali pod uwagę złożoność życia społecznego i moralnego i komplikacje, jakie rodzi współczesna medycyna.

”Deklaracja” to odpowiedź na głos Komitetu Bioetyki PAN, że klauzula sumienia jest przez lekarzy nadużywana i służy narzucaniu pacjentom przekonań moralnych.

– I podtrzymujemy to stanowisko. Większość sporów wypływa z prostego niezrozumienia dwóch sytuacji: co innego kierować się w życiu sumieniem – a każdy z nas powinien kierować się własnym sumieniem – a co innego wykonywać pewien zawód i jako jego przedstawiciel korzystać z klauzuli sumienia.

Klauzula ta to konstrukcja prawna wpisana w ustawę o zawodzie lekarza. Stanowi ona wyraźnie, że lekarzowi wolno odmówić wykonywania pewnych zabiegów sprzecznych z jego poglądami moralnymi, ale pod pewnymi warunkami. Lekarz taki musi znaleźć dla pacjenta innego lekarza, nie wolno mu zostawić pacjenta bez pomocy; musi też wpisać to do akt. I ten pierwszy warunek lekarze kontestują. Mówią: „Dlaczego mam wskazywać innego lekarza, ja nie chcę przykładać do tego ręki”. Ale jeśli lekarz powołuje się na klauzulę, to powinien powoływać się na jej całość, a nie tylko na tę część, że może odmówić badania czy zabiegu. Musi poradzić pacjentowi, gdzie znajdzie innego lekarza, bo prawo pacjenta do uzyskania przysługujących mu ustawowo świadczeń jest równie ważne jak prawo lekarza do skorzystania z klauzuli sumienia. Lekarz, który tego odmawia, łamie prawo i powinien ponieść konsekwencje swojej decyzji.

Pacjenci powinni się skarżyć?

– Oczywiście. Ale nie słyszałem, żeby kiedykolwiek w Polsce odbył się proces z powodu nieposłuszeństwa obywatelskiego lekarza, który w imię wiary ignoruje przepis prawa. Bo ta „Deklaracja” jest wezwaniem do nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec obowiązującego w Polsce prawa i to dodatkowo pokazuje, jak bardzo jest niebezpieczna.

Jest już reakcja. W internecie prawie 2,7 tys. podpisów figuruje pod deklaracją „Nie podpisuję Deklaracji wiary lekarzy „.

– „Deklaracja” już zaczyna dzielić społeczność lekarską i będzie dalej dzieliła społeczeństwo. Jestem zdania, że lista lekarzy i pielęgniarek podpisanych pod „Deklaracją” powinna znaleźć się na stronie Ministerstwa Zdrowia i powinna być systematycznie aktualizowana. Jest to bowiem wiarygodna informacja dla pacjentów i wszelkich publicznych klinik, szpitali i ośrodków zdrowia. To lista lekarzy, którzy uczciwie i bez przymusu deklarują: „Na mnie nie liczcie. Nie będę respektować tego przepisu ustawy o zawodzie lekarza, który odnosi się do klauzuli sumienia”. I to jest pewne, częściowe rozwiązanie, kto ma informować o dostępności takich lub innych kontrowersyjnych moralnie procedur.

„Mam ratować życie i zdrowie, to Pan Bóg stworzył medycynę” – to głos lekarza, który podpisał drugą deklarację.

– Nie plączmy do tego Pana Boga. Medycynę stworzyli ludzie. Fundamentalnym obowiązkiem lekarza jest pomóc pacjentowi, lekarz nie ma prawa zostawiać go w potrzebie.

W dużych miastach można pewnie szybko znaleźć innego lekarza. Ale w małym mieście, na wsi?

– To katastrofa. I to państwo ponosi odpowiedzialność za takie funkcjonowanie systemu zdrowia. Obawiam się, że nasze agendy rządowe są tutaj całkowicie bezradne. Nie mają tu nic do powiedzenia. Bo jeśli państwo wprowadza ustawy, przyznaje pacjentom prawa do pewnych procedur, to jest i moralnie, i prawnie zobowiązane do stworzenia takich warunków, aby te ustawy były respektowane.

„Deklarację wiary” podpisało 3 tys. lekarzy i studentów medycyny na ok. 120 tys. czynnych lekarzy.

– To nie jest kwestia liczb. Nawet gdyby ją podpisało 100 czy 300 lekarzy, to jest to sygnał pojawiającej się tendencji, która stanowi zagrożenie dla ładu społecznego i moralnego w naszym kraju. Nie chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym istnieją dwa rodzaje sumienia – jedyne prawdziwe „sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła” i sumienie zwykłego człowieka, które oczywiście jest omylnym sumieniem gorszego rodzaju, bo nie ma istotnego kontaktu ani z Duchem Świętym, ani z nauką Kościoła. Bo wtedy zaczynamy patrzeć na siebie wilkiem, niczym w Hobbesowskim stanie natury, w którym „Homo homini lupus est”.

Czekam na reakcję państwa. Niepokojące jest to, że państwo nie reaguje, kiedy otwarcie wzywa się do bojkotu prawa. To jest dowód słabości albo bezradności, albo totalnej ignorancji lub podejrzanego moralnie koniunkturalizmu państwa, które chce rozgrywać własne interesy polityczne kosztem pacjenta. Przede wszystkim kosztem pacjenta.

Źródło ->

W Polsce karze się za „obrazę uczuć religijnych”, a 78 proc. państw na świecie nie ma tej kary

Polska jest jednym z nielicznych państw w Europie, gdzie prawo przewiduje karę za bluźnierstwo. Również w innych częściach świata takie państwa są w mniejszości i należą głównie do kultury islamskiej – wynika z danych amerykańskiego instytut PEW.

W Polsce bluźnierstwo karane jest na mocy kontrowersyjnego art. 196 kodeksu karnego, który brzmi: Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch.

Jednak większość państw na świecie pozbyła się takich zapisów ze swoich kodeksów karnych. Według danych Instytutu PEW za 2012 rok (patrz mapa) istnieją one jedynie w jednej piątej krajów na świecie (22 proc.), w tym w większości państw muzułmańskich, ale także np. w Indiach)

Państwa, gdzie prawo przewiduje karę za bluźnierstwo

W Europie tylko 7 na 45 państw ma zapisy podobne do polskich. Są to: Niemcy, Dania, Grecja, Włochy, Cypr i Malta.  Jednak w większości z nich prawo jest bardzo sporadycznie stosowane. W Danii nie było ono stosowane od 1938 roku, we Włoszech istniejące od 1930 roku prawo zostało w 1999 roku zdekryminalizowane, a Irlandia ma przeprowadzić w najbliższym czasie referendum, czy utrzyma przepis. Natomiast w Niemczech przepisy o bluźnierstwie są wykorzystywane, aby chronić mniejszości religijne.

W Polsce na podstawie artykułu o „obrazie uczuć religijnych” toczyły się sprawy m.in. przeciwko piosenkarzowi Adamowi „Nergalowi” Darskiemu za profanację Biblii na koncercie i Dorocie Nieznalskiej za instalację artystyczną pokazującą genitalia na krzyżu. Oboje zostali uniewinnieni. Z kolei piosenkarka Doda, która w wywiadzie prasowym o autorach Biblii mówiła, że byli „napruci winem” i „palili jakieś zioła”, została skazana na 5 tysięcy złotych grzywny. Po wyroku Doda zaskarżyła artykuł 196 do Trybunału Konstytucyjnego, twierdząc, że „uznanie obrazy uczuć religijnych za przestępstwo ogranicza wolność światopoglądową i wolność debaty publicznej”. Trybunał przyjął jej skargę, a sprawa czeka na wyznaczenie terminu.

Źródła: www.pewresearch.orgwyborcza.pl

Religijni lekarze zobowiązują się do łamania prawa

Trzy tysiące lekarzy zobowiązało się do łamania polskiego prawa. Co na to minister zdrowia? – pisze Agata Dziduszko-Zyglewska.

Wanda Półtawska, przyjaciółka Jana Pawła II, prowadziła przez ponad 30 lat Instytut Teologii Rodziny przy Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. W dużej mierze to jej refleksji na temat rodziny kobiety na całym świecie zawdzięczają anachroniczną i uprzedmiotawiającą je politykę polskiego papieża, która objawiała się m.in. takimi działaniami, jak jego niesławny list do arcybiskupa Sarajewa, który nakazywał zgwałconym w czasie wojny kobietom rodzić dzieci poczęte w wyniku gwałtów, czy dokument Ordinatio Sacerdotalis, w którym papież stanowczo ukrócił marzenia katoliczek o kapłaństwie, ponieważ nie widział żadnego powodu, żeby kobiety współrządziły wielomilionową wspólnotą wiernych, która co najmniej w połowie składa się z kobiet właśnie.

Poglądy Wandy Półtawskiej, nieprzyjaciółki bezpłodnych par i afrykańskich dziewczynek, wpłynęły też zapewne na nieustępliwość papieża w kwestii stosowania metody in vitro, a także antykoncepcji. Do tej pory z powodu epidemii HIV/AIDS co roku umiera w Afryce około miliona ludzi, którzy zgodnie z zaleceniami Kościoła katolickiego nie stosują prezerwatyw, ale posiłkują się innymi niepotępionymi tak skutecznie metodami profilaktyki. Na przykład wielu mężczyzn wierzy, że przed zakażeniem chroni stosunek z dziewicą.

Teraz Wanda Półtawska, przyjaciółka Radia Maryja, zaapelowała do polskich lekarzy, żeby podpisali tzw. deklarację wiary. Napisana kuriozalnym, archaicznym, stylizowanym na Stary Testament językiem deklaracja zobowiązuje ich do łamania Przyrzeczenia Lekarskiego (to współczesny odpowiednik Przysięgi Hipokratesa) oraz obowiązującego w Polsce prawa. A niezwiązanym „świętym sakramentem małżeńskim” zakazuje w ogóle używania penisów i wagin!

''Deklaracja wiary''

Kamienne tablice z tekstem tzw. deklaracji wiary, którą podpisało trzy tysiące polskich lekarzy, zobowiązując się do łamania Przyrzeczenia Lekarskiego oraz obowiązującego w Polsce prawa

Ale po kolei. Wanda Półtawska, nieprzyjaciółka ateistów i innowierców, sformułowała swoją deklarację w sześciu punktach, z których pięć uniemożliwia uprawianie zawodu lekarza. Każdy potencjalny pacjent polskiej służby zdrowia powinien dla własnego bezpieczeństwa uważnie przeczytać ten dokument.

Punkt pierwszy: WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

Ten punkt jest najlżejszy i nie uniemożliwia uprawiania zawodu lekarza. Tylko co ja, jako pacjentka, mam zrobić z informacją, że lekarz, do którego przyszłam, wierzy w Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój, albo że wierzy w Latającego Potwora Spaghetti?

Mogę ją oczywiście potraktować jako ostrzeżenie. Dlatego każdy lekarz, który podpisał deklarację wiary, powinien wysłać informację o tym do Ministerstwa Zdrowia i przybić ją na drzwiach swojego gabinetu – tak byłoby uczciwie wobec pacjentów.

Punkt drugi: UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
– ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
– moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

Od kiedy pierwszy szaman podał pierwszy wywar pierwszemu pacjentowi, medycyna zajmuje się walką z tak ujętymi prawami natury. A praca lekarza w dużej mierze polega na dotykaniu, otwieraniu, zszywaniu, wstawianiu sztucznych części i podawaniu ratujących życie leków. Zgodnie z Przyrzeczeniem Lekarskim lekarz ma też obowiązek „stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mu się wynaleźć i udoskonalić”. Zatem człowiek, który wierzy, że ciało ludzkie jest nietykalne, a „zejście z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga”, i który próbuje swoich sił w zawodzie lekarza, stanowi poważne zagrożenie dla nieszczęśników, którzy zostaną jego pacjentami. Łamie także polskie prawo, które, jak wiadomo, zezwala na sztuczne zapłodnienie, stosowanie antykoncepcji i przerywanie ciąży w określonych sytuacjach, a w ustawie o planowaniu rodziny określa prawa reprodukcyjne obywateli.

Punkt trzeci: PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

Punkt trzeci zawiera brawurową teorię płci jako przywileju (od razu nasuwa się pytanie: kim są nieuprzywilejowani?) oraz surowy zakaz pozasakramentalnego używania narządów płciowych. A więc dyskryminuje osoby żyjące w związkach innych niż katolickie małżeństwa, a także osoby samotne, bezpłodne pary i osoby LGBTQ. Każdy psycholog, seksuolog i ginekolog, który się pod tym podpisze, musi w efekcie zrezygnować z wykonywania zawodu, ponieważ nie będzie w stanie pomóc swoim pacjentom.

Ponieważ Wanda Półtawska, nieprzyjaciółka wszystkich, którzy lubią seks, nie wspomina o dyspensie na sikanie, nieżonaci puryści będą zapewne musieli unikać dotykania penisa, „który stanowi sacrum w ciele ludzkim” także podczas tej jakże popularnej czynności. Ale w sumie czego się nie robi dla wiary.

Mam za to dobrą wiadomość dla uprawnionych do używania „tych organów” – gotowe projekty strojów odpowiednich do praktykowania dzieła stworzenia można znaleźć w książkach poświęconych modzie wczesnego średniowiecza.

Punkt czwarty: STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

A co z przyrzeczeniem niesienia pomocy „chorym bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”? Żeby móc spełnić to przyrzeczenie, nie można kierować się „nauką” Kościoła katolickiego, bo stoi ona w sprzeczności z nauką, prawem i etyką lekarską. Wolność lekarza, nawet katolika, kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa pacjenta, a to może być trudne do pogodzenia z zaleceniami Ducha Świętego.

Ten punkt deklaracji wiary jest zapewne odpowiedzią Wandy Półtawskiej, nieprzyjaciółki nauki, na zeszłoroczne stanowisko Komitetu Bioetyki PAN w sprawie granic powoływania się przez lekarzy na klauzulę sumienia przy odmowie udzielania świadczeń medycznych. W opinii Komitetu polscy lekarze nadużywają klauzuli i nie rozumieją, że prawa pacjenta wynikające z ustaw mają pierwszeństwo wobec tego, co dyktują im ich indywidualne sumienia.

Punkt piąty: UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim, aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

Punkt piąty informuje wprost, że podpisani pod deklaracją nie zamierzają przestrzegać prawa obowiązującego w naszym kraju, ponieważ obowiązuje ich inne. Jak odniosą się do faktu, że antyhumanitarne ideologie, o których mowa, zawarte są w obowiązującej wszystkich polskich obywateli Konstytucji, w ustawie o planowaniu rodziny i w europejskiej karcie praw podstawowych?

Punkt szósty: UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

No cóż, lekarze, którzy nie chcą narzucać swoich prywatnych poglądów i przekonań pacjentom, nie powinni podpisywać deklaracji, która zobowiązuje ich do łamania polskiego prawa na rzecz prawa, którym kieruje się konkretna grupa religijna. Co więcej, tak jak nauczyciele, politycy i inni przedstawiciele zawodów zaufania publicznego powinni pilnować tego, żeby ich prywatne przekonania nie wpływały na ich profesjonalne zobowiązania.

I tu dochodzimy do sedna problemu: w każdym kraju znajdą się instytucje i ludzie, którzy nawołują do działania wbrew prawu. Jednak kiedy jakaś grupa obywateli wyraża oficjalnie chęć pójścia za tym wołaniem, sprawą powinno zająć się państwo.

W niedzielę pielgrzymka służby zdrowia złożyła na Jasnej Górze tzw. wotum wdzięczności dla Jana Pawła II w postaci „Deklaracji wiary” wyrytej na kamiennych tablicach. Deklarację podpisało około trzech tysięcy lekarzy. Ci lekarze nie będą mogli wykonywać rzetelnie i w zgodzie z prawem swojego zawodu.

Czekam z niecierpliwością na reakcję ministra zdrowia, który jest zobowiązany dbać o bezpieczeństwo pacjentów, i o zapewnienie im dostępu do wszystkich oferowanych przez NFZ świadczeń.

Agata Dziduszko-Zyglewska – członkini prezydium warszawskiej Komisji Dialogu Społecznego ds. Kultury, członkini Inicjatywy Warszawa 2020, dziennikarka, działaczka społeczna, sekretarz zespołu konsultacyjnego Programu Rozwoju Kultury, prezeska Stowarzyszenia Pasaż Antropologiczny.

Źródło ->

Polski Kościół walczy i osądza

Tradycjonalizm polskiego Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata – pisze profesor Tadeusz Bartoś.

Inspiracją pojawiającej się w mediach krytyki Episkopatu jest poczucie smaku, które nie akceptuje stylu publicznych wystąpień hierarchów. Niesmaczny jest oskarżycielski ton, poczucie wyższości połączone naturalnie z pogardą, prezentowanie siebie jako jedynych mających słuszność, wspartych boską sankcją. To jednak jest tylko wrażenie estetyczne, reakcja na szpetną formę.

Pytanie o sens publicznej aktywności polskich biskupów powinno sięgać dalej, ku zawartości ich myśli o sprawach państwa, życia społecznego i życia zwykłych ludzi. Myśl ta jest poważna i spójna, choć trudno się z nią zgodzić. Widoczna jest wyraźnie na przykładzie wypowiedzi abp. Gądeckiego sprzeciwiającego się rozdziałowi Kościoła i państwa. – Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – mówił arcybiskup.

Dusza, zgodnie z tradycją, jest organem sterującym, zarządzającym całością organizmu, a więc jej władza sięga głęboko, przenika całość jestestwa.

Arcybiskup Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki: ”Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera”.

To, co mówi abp Gądecki i jego współbracia w biskupstwie, jest przemyślane, wsparte refleksją nad historią Kościoła ostatnich kilku wieków. Walczą oni o zmianę kultury, powrót do czasów sprzed epoki rewolucyjnych przekształceń. Ten ruch myśli zwany jest tradycjonalizmem. Chodzi o postulat powrotu do dawnego stanu społecznego, który przeminął i po części został zapomniany; dlatego tradycjonalizm jest radykalniejszy od konserwatyzmu, który chce przede wszystkim zmiany moderować.

Tradycjonalizm Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata. Na takiej emancypacji polega nowożytność. Jest tam modernizacja tradycyjnej struktury społecznej pod hasłem równości wszystkich obywateli (u nas choćby zniesienie stanu szlacheckiego, pańszczyzny chłopów). Jest to przyznanie ludziom wolności wypowiedzi i wolności myślenia, prawa do własnego sądu na temat świata, życia zgodnie z własnym pomysłem na życie. To wszystko są nowości ostatnich dwustu lat.

Do czasów Soboru Watykańskiego II Kościół sprzeciwiał się tym przemianom. Na soborze nastąpił jednak radykalny zwrot. Ogłoszono aggiornamento, uwspółcześnienie – dostosowanie Kościoła do naszego dziś. Mówiono o accomodata renovatio – stosownej odnowie, a więc właśnie o unowocześnieniu.

Tę próbę dostosowania Kościoła do współczesności odrzucają nasi hierarchowie. To nie Kościół ma się dostosować do świata, ale świat, państwo, społeczeństwo i jednostka mają się dostosować do Kościoła. Kościół ma pozostać Ecclesia militans, Kościołem walczącym, będącym znakiem sprzeciwu. Episkopat idzie w tej mierze za wypowiedziami Benedykta XVI, który przywrócił to pojęcie katolickiej „narracji”. Problem jednak w tym, że wedle celów postawionych sobie przez naszych biskupów Kościół ma być znakiem sprzeciwu totalnego, dążącego do pełnego podporządkowania spraw publicznych (stąd metafora duszy).

Negacja zmian, chęć przywrócenia stanu sprzed epoki modernizacji jest wprost odrzuceniem przesłania Soboru Watykańskiego II, który mówił o „słusznej autonomii rzeczy doczesnych”. Tej autonomii ma już nie być, nie ma być autonomii państwa i społeczeństwa, nie ma być autonomii duchowej ludzi wyrażanej w autonomii ich sumienia, a więc uznania ich kompetencji moralnych, prawa do działania zgodnie z własnym sumieniem, nawet jeśliby to sumienie mówiło coś innego, aniżeli aktualne wskazania hierarchii kościelnej.

Pojęcie Ecclesia militans, a także Ecclesia triumphans oznaczają powrót do obecności Kościoła w społeczeństwie jako oskarżyciela, prokuratora i sędziego, a nie uczestnika dialogu, otwartego na rozmowę, która szanuje odmienność stanowisk. Kto oskarża, nie chce rozmowy równego z równym, chce rozmowy sędziego z oskarżonym, chce społeczeństwa opartego na poczuciu winy.

Zapytać wypada, czy ofensywa Episkopatu Polski nie jest walką z wiatrakami, zawracaniem Wisły kijem? Biskupi wierzą w sens tej świętej wojny, co świadczy o heroiczności ich wiary, wiary, która góry przenosi. Świadczy o gotowości do walki z przeciwnikiem w gruncie rzeczy silniejszym – jest nim bowiem cała współczesna kultura. Powie ktoś, że to brawura, wręcz zuchwalstwo. Rzeczywiście, postawienie na jednego konia to ryzykowna strategia. Można wiele stracić.

W tej postawie nieustępliwej walki jest wśród hierarchii gotowość do przyjęcia ciosów, jakimi są śmiech i szyderstwo. Gotowość, bądźmy szczerzy, męczeństwa na pluszowym krzyżu, bo państwo demokratyczne strzeże wolności religijnej, u nas nawet penalizuje obśmiewanie religii. Męczeństwa tym bardziej kłopotliwego, że druga strona sporu pamięta dobrze, jaka jest natura instytucji, która nie znosi żartu, nie wie, co to autoironia, chce być zawsze śmiertelnie poważna.

Kto wygra to cywilizacyjne zwarcie? Jak mawiał pan Kazimierz: „Albo my wygramy, albo oni”. „Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje”. „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni”.

Tadeusz Bartoś – filozof, profesor Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku

Źródło ->

Prof. Obirek: fundamentalizm religijny połączył się z politycznym

Dzisiaj zagrożeniem są środowiska prawicowe, traktujące religię jako narzędzie do zwalczania przeciwnikówmówi prof. Stanisław Obirek w wywiadzie dla „Polityki”, przestrzegając przed niebezpieczeństwami związanymi z łączeniem fundamen­talizmu religijnego i politycznego.

Profesor Stanisław Obirek

Profesor Stanisław Obirek – teolog, historyk, antropolog kultury i były jezuita, zaangażowany w dialog z innymi religiami i z niewierzącymi. Wykłada w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Autor licznych publikacji, znany z krytycznego stosunku do pontyfikatu Jana Pawła II.

W 2006 roku, po wygraniu wyborów przez PiS, sformułowałem tezę, która moim zdaniem do dzisiaj nie została sfalsyfikowana: w momencie objęcia władzy przez braci Kaczyńskich w Polsce doszło do połączenia fundamentalizmu religijnego z politycznym. Oba te autorytarne systemy władzy – nad duszami ludzkimi i nad przestrzenią publiczną – są pełzającym faszyzmem, ocenia profesor Obirek.

To oczywiste, że nie żyjemy w latach 30., ale uważam, że należy tu wyraźnie użyć kategorii „odzwyczajania ludzi od odpowiedzialności” i kreowania w nich przekonania, że przynależność do takich grup jak partia wodzowska czy instytucja Kościoła załatwi im zbawienie. Wystarczy, że jesteś z nami; poza nami jest tylko ciemność, porubstwo i grzech.

To nieprawda, że ateistom „czegoś brakuje”

Stanisław Obirek powiedział, że nie podpisałby się pod hasłem „Kto nie zna Boga, temu czegoś brakuje”. Dla mnie ten napis jest wyrazem arogancji człowieka wierzącego, który nie tylko chce narzucić swoje przekonanie innym, lecz także formułuje pod ich adresem obraźliwy osąd. „Wam, którzy nie wierzycie tak jak ja, brakuje czegoś, dlatego jesteście gorsi”. Inaczej mówiąc, autor takiego napisu wyklucza z grona swoich przyjaciół tych, którzy nie podzielają jego przekonań.

Profesor Obirek zapewnia, że tego rodzaju myślenie było mu obce nawet w okresie, gdy był księdzem i jezuitą. Już wtedy ciekawili mnie ludzie niewierzący; powiem nawet, że niektórzy z nich, jak Witold Gombrowicz, mnie fascynowali.

Zdaniem Stanisława Obirka, najbardziej owocne i najintensywniejsze rozmowy toczą się między teizmem i ateizmem. Jedną z najważniejszych dla mnie rozmów na ten temat odbyłem ze Stanisławem Lemem, który, kiedy wyznałem, że jego twórczość rodzi we mnie pokusę zarzucenia wiary, powiedział: „Broń Boże, nie chciałbym pozbawiać księdza wiary”. Myślę, że człowiek głęboko przekonany o wartości własnego światopoglądu z zainteresowaniem przygląda się innym. Stąd moje wielkie zainteresowanie Lemem. Zapytałem go wtedy, co jest dla niego źródłem tej etycznej wrażliwości, która dla mnie wyrasta z religii. Odpowiedź Lema, zdziwionego moim pytaniem, była prosta – to człowieczeństwo.

Cały wywiad ->