Gigantyczne rządowe dotacje na Fundusz Kościelny

Za rządów PiS znacznie wzrosły wydatki państwa na Fundusz Kościelny, z którego finansowane są dopłaty do różnych składek osób duchownych, takich jak składki emerytalne, rentowe i wypadkowe. W ciągu czterech lat PiS przeznaczy na ten cel ponad pół miliarda złotych.

Słowo „dopłaty” może być mylące, bo wysokość dopłat z Funduszu Kościelnego wielokrotnie przekracza wartości kwot przeznaczanych przez duchownych na składki. Na przykład księża otrzymują dofinansowanie z funduszu w wysokości 80 procent, a misjonarze i członkowie zakonów nie wydają na składki ani złotówki, ponieważ dostają 100 procent dofinansowania.

Wydatki na Fundusz Kościelny rząd uwzględnia w corocznej ustawie budżetowej – w ciągu ostatnich czterech lat te wydatki znacznie wzrosły. W porównaniu z rokiem 2014 dzisiejsza kwota jest wyższa o ponad 50 proc. Wtedy na fundusz przeznaczano 94 mln rocznie, w tym roku dotacja wzrosła do 156 mln. Biorąc pod uwagę plan budżetu na przyszły rok i dotację w wysokości 140 mln zł, rząd PiS w ciągu czterech lat przeznaczy na Fundusz Kościelny ponad 550 mln zł. 

Wydatki państwa na Fundusz Kościelny

Wydatki państwa na Fundusz Kościelnych w ciągu ostatnich ośmiu lat. Źródła danych: Ministerstwo Finansów, ustawy budżetowe

Dochody Kościoła: od kilku do kilkunastu miliardów złotych rocznie

Fundusz Kościelny to tylko jedno z wielu źródeł dochodów Kościoła. W ramach zobowiązań konkordatowych rząd wydaje pieniądze podatników na katechezę w szkołach, dotacje do katolickich uczelni, szkół, przedszkoli i ochronek; płaci kapelanom w szpitalach oraz w wojsku i innych służbach mundurowych; dofinansowuje działalność charytatywną Kościoła i remonty zabytkowych budynków kościelnych. 

Od wiernych Kościół otrzymuje pieniądze nazywane „ofiarami”, ale zwykle mają one charakter opłat za śluby, chrzty, pogrzeby itp. Poza tym Kościół zarabia na dzierżawie gruntów i unijnych dopłatach jako największy niepaństwowy właściciel ziemski w Polsce. Czerpie też zyski z nieformalnych przywilejów – samorządy często przekazują grunty Kościołowi po symbolicznych cenach.

Całkowite dochody Kościoła wynoszą, według różnych szacunków, od kilku do kilkunastu miliardów złotych rocznie. Kościół nie ujawnia oficjalnych danych na temat swoich dochodów.

Źródła: next.gazeta.pl, www.money.pl

Kościół wysysa miliardy z kieszeni podatników. Ile? Oficjalnie się nie dowiemy

Kościół katolicki w Polsce nie ujawnia swoich dochodów. Ci, którzy próbują je obliczyć, napotykają na przeszkody w postaci braku danych, milczenia urzędów, tajemnicy handlowej. Stąd biorą się daleko idące rozbieżności w szacunkach.

Wierni coraz mniej chętnie dotują Kościół, ale za to państwo robi to coraz aktywniej

Wierni coraz mniej chętnie dotują Kościół, ale za to państwo robi to coraz aktywniej

Katolicka Agencja Informacyjna, związana z Kościołem, próbuje nas przekonać, że Kościół jest ubogi. W raporcie z 2012 roku KAI twierdzi, że instytucje kościelne dotowane są z budżetu państwa kwotą zaledwie 492 mln zł rocznie (nie licząc pensji katechetów szkolnych). Zdaniem KAI, dotacje na rzecz kościołów w Polsce należą do najniższych w Europie.

Według kardynała Kazimierza Nycza, państwo daje na Kościół ok. 2 mld złotych rocznie, a w tym się mieści współfinansowanie szkół katolickich i zabytków sakralnych oraz uposażenie katechetów. Kardynał Nycz utrzymuje, że zdecydowaną większość pieniędzy na swoją działalność Kościół dostaje z ofiar na tacę i jest to 6 mld złotych.

Tymczasem były senator SLD, Ryszard Jarzembowski, oświadczył publicznie, że polskie państwo daje Kościołowi około 5 mld zł rocznie. Tygodnik „Fakty i Mity” twierdzi, że 8 mld. Jak podaje Seweryn Mosz, autor książki „Kasa Pana Boga”, wydawnictwo LUX, Katowice 2010, w sumie Kościół katolicki otrzymuje rocznie 14 mld złotych i są to pieniądze pochodzące „bezpośrednio ze środków publicznych, ulg i przywilejów oraz bezpośrednich datków i opłat wiernych”.

Wg Seweryna Mosza, autora książki Kasa Pana Boga, Kościół dostaje co roku 14 mld zł z naszych podatków

Wg Seweryna Mosza, autora książki Kasa Pana Boga, Kościół dostaje co roku 14 mld zł

Co łaska, ale nie mniej niż…

Zasilająca Kościół rzeka pieniędzy ma bardzo liczne źródła. Można je podzielić na kilka grup.

Pierwsza grupa to ofiary wiernych (taca, śluby, pogrzeby, chrzty, skarbonki w kościołach, sprzedaż opłatków, „wypominki” na Wszystkich Świętych,  msze „w intencji”,  dochody z corocznej kolędy oraz z tzw. kolekty, czyli zbiórek – na dzwony, na ołtarz, a nawet na drzwi do kościoła). W parafii trzeba zapłacić za wypisanie każdego papierka – metryki chrztu albo bierzmowania, pozwolenia na ślub w innej parafii. Księża chętnie święcą różne przedmioty, lecz pobierają za to opłaty – za medalik jest to 10-20 zł, ale za poświęcenie nowego domu czy sklepu trzeba zapłacić kilkaset złotych. A jeśli kropidłem macha biskup, to inkasuje tysiąc lub więcej.

Duże dochody zapewnia Kościołowi administrowanie cmentarzami wyznaniowymi, których jest w Polsce ok. 10 tysięcy. Źródłem żywej gotówki jest każdy nieboszczyk: jego rodzina musi zapłacić za udział księdza w ceremonii pogrzebowej, miejsce na pochówek, dzierżawę grobu na 20 lat, a nawet za wjazd samochodem. W tych kwestiach katoliccy duchowni bywają bardzo stanowczy, np. proboszcz z Wąbrzeźna blokował pogrzeb, żądając od matki zmarłego 2400 złotych płatnych z góry.

Jednak przemiany społeczne sprawiają, że ten strumień gotówki powoli się kurczy, ale za to systematycznie rosną wydatki państwa na Kościół katolicki.

Państwo daje Kościołowi nawet wtedy, gdy nie musi

Zgodnie z obowiązującym od 1993 roku konkordatem, państwo polskie umożliwia nauczanie religii w szkołach publicznych. Konkordat nie wspomina jednak, kto ma za to płacić. Dopiero później polskie władze wzięły na siebie ten obowiązek. Armia katolickich katechetów kosztuje podatników 1 mld 150 mln zł rocznie.

Polskie władze gotowe są dawać Kościołowi nawet więcej pieniędzy, niż ten się domaga. Na przykład konkordat mówi o dotowaniu Papieskiej Akademii Teologicznej i KUL, ale Sejm poszerzył tę listę do 5 uczelni i jeszcze dopisał do niej wydziały teologii na państwowych uniwersytetach. Dotacje dla kościelnych uczelni wyższych, wydziałów teologicznych, szkół, przedszkoli i ochronek wynoszą 521 mln zł.

Przy remontach zabytków sakralnych Kościół też może liczyć na hojność naszego państwa – dostaje na ten cel 26,6 mln zł.

Polscy podatnicy utrzymują prawdziwy korpus katolickich kapelanów. Ordynariat Polowy Wojska Polskiego kosztuje nas 19,2 mln zł rocznie. Kapelani szpitalni to wydatek 3 mln zł w ciągu roku. Więzienni – 2,4 mln zł. Kapelani Straży Granicznej – 842 tys. zł, Straży Pożarnej – 745 tys. zł, policji – 441 tys. zł. Własnych kapelanów za 150 tys. zł rocznie ma nawet Biuro Ochrony Rządu. I rzecz jasna prezydent.

Dla sfinansowania budowy ŚOB użyto wybiegu – Sejm i rząd twierdzą, że dotują nie świątynię, lecz ulokowane w niej muzeum Jana Pawła II

Dla sfinansowania budowy ŚOB użyto wybiegu – Sejm i rząd twierdzą, że dotują nie świątynię, lecz ulokowane w niej muzeum Jana Pawła II

Państwo dotuje też – i to na szeroką skalę – kościelną działalność charytatywną. Dotacja do Caritas Polska wynosi 5,5 mln zł rocznie. Organizacje kościelne dostają dużą część dotacji celowych, np. na opiekę nad dziećmi.

110 mln zł z budżetu państwa i Mazowsza pochłonęła Świątynia Opatrzności Bożej, bo chociaż prawo nie pozwala władzom publicznym budować kościołów, znalazł się wybieg – dotowanie ulokowanego w świątyni muzeum Jana Pawła II.

Za księży i zakonników bez etatów katechetów czy kapelanów składki ubezpieczeniowe płaci Fundusz Kościelny, utworzony w roku 1950, aby zrekompensować Kościołowi upaństwowienie tzw. dóbr martwej ręki. W tym roku FK kosztuje podatników 118 mln zł, mimo że historyczne krzywdy, które miał naprawić, zostały już z nawiązką zrekompensowane.

Kościół – największy niepaństwowy właściciel ziemski

Komisja Majątkowa, powołana do życia ustawą z 1989 roku, miała działać 6 miesięcy – działała 21 lat. Od jej orzeczeń nie było odwołania. Zwróciła Kościołowi katolickiemu nie tylko nieruchomości zabrane za komuny, ale i sporo zarekwirowanych w II RP lub w czasach zaborów. Skutki tych operacji są nieodwracalne, gdyż rząd Tuska zlikwidował Komisję Majątkową, zanim Trybunał Konstytucyjny rozpatrzył skargę na nią.

Bilans jej pracy, „Wykaz załatwionych wniosków”, zdobył poseł Sławomir Kopyciński. Jak wynika z tego dokumentu, Kościół odzyskał 3063 nieruchomości warte w sumie ok. 24 mld zł plus 107,5 mln odszkodowań.

– Ten wykaz to mistyfikacja! – mówi Teresa Jakubowska, była przewodnicząca partii Racja. Brakuje w nim setek nieruchomości, także takich, z którymi wiążą się głośne afery – np. 47 ha na warszawskiej Białołęce (wycena zaniżona 8-krotnie).

W 1991 roku Sejm uchwalił, że kościelnym osobom prawnym na Ziemiach Odzyskanych można dać państwowe grunty rolne: parafii 15 hektarów, diecezji lub seminarium 50 hektarów. A skoro można dać, to… trzeba. Wbrew prawu, ziemię w tym trybie dostały też parafie miejskie i zarobiły miliony na spekulacji gruntami.

Jak Polska długa i szeroka, samorządy przekazują Kościołowi atrakcyjne działki bez przetargu, za 1 procent wartości lub za złotówkę.

Kościół katolicki jest największym po Skarbie Państwa właścicielem ziemskim w Polsce. Według Czesława Janika ze stowarzyszenia Neutrum, posiada co najmniej 160 tys. hektarów gruntów, a najskromniej liczone unijne dopłaty rolne dają mu 80 mln zł rocznie. Z kolei Seweryn Mosz szacuje kościelny majątek nieruchomy na minimum 200 mld zł.

Liczne ulgi i przywileje dla ludzi Kościoła

Ksiądz nie ma kasy fiskalnej. Duchowni, których jest w Polsce ponad 56 tysięcy, płacą symboliczny podatek ryczałtowy: średnio 236 zł rocznie. Przychody z  działalności niegospodarczej, np. z tacy, zwolniono z podatku dochodowego. Nieopodatkowane są także przychody z działalności gospodarczej, jeśli przeznacza się je na cele kultu religijnego, wychowawcze, charytatywne, opiekuńcze. A ponieważ finanse Kościoła są tajne, wolne od kontroli skarbowej – przyjmuje się automatycznie, że cały kościelny biznes służy wyłącznie szlachetnym celom religijnym i dobroczynnym.

Kościół jest zwolniony z podatku od nieruchomości, od spadków i darowizn. Darowizny na cele kultu religijnego i na kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą wyłączono z podstawy opodatkowania darczyńcy, co spowodowało rozkwit przekrętów „na kwit od proboszcza”. Dlatego wprowadzono limit darowizny na cele kultu (do 6 proc. dochodu), a od 2011 r. wymaga się dowodu wpłaty na rachunek bankowy.

Zwolniono z opłat celnych dary na cele kultowe. Bezcłowy import „kultowych” samochodów przybrał takie rozmiary, że władze musiały zareagować: od 1998 r. zwolnienie z cła nie dotyczy samochodów osobowych i towarów akcyzowych.

Źródło: biznes.onet.pl

Państwo w służbie Kościoła

Polskie państwo nie egzekwuje swojej niezależności od Kościoła. Ustępuje religii na każdym kroku – pisze pastor Kazimierz Bem, proponując wypowiedzenie konkordatu i wprowadzenie w polskiej konstytucji wyraźnej zasady świeckości państwa.

Ks. dr Kazimierz Bem

Ks. dr Kazimierz Bem – prawnik, teolog, pastor ewangelicko-reformowany Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC, USA), członek redakcji ”Pisma er”
 

Niedawno w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się obszerny wywiad z profesorem Andrzejem Zollem na temat klauzuli sumienia. Były rzecznik praw obywatelskich w spokojny i stonowany, wydawałoby się, sposób proponuje wyjście z impasu.

Jednak uważny czytelnik dostrzeże, że jego sposób interpretacji prawa i proponowane rozwiązania tylko pogłębią problemy, z którymi od 1989 roku boryka się polskie państwo: ustępowanie religii na każdym kroku i chroniczna niemoc, by, chociaż w najmniejszym stopniu, wyegzekwować niezależność państwa od Kościoła.

Sumienie jest chronione – ale tylko katolickie

W reakcji na sprawę doktora Chazana profesor Zoll postuluje bardzo daleko idące zmiany legislacyjne. Mają one oczywiście zapewnić nietykalność sumienia katolików, dyskryminowanych rzekomo przez Radę Etyczną Polskiej Akademii Nauk. Jednak jego wyczulenie na konstytucyjne prawa obywateli znika, gdy padają pytania o sytuację naruszania wolności sumienia niekatolików, np. poprzez nauczanie katechezy w szkole. Dotychczas aktywny i kreatywny prawodawca nagle odpowiada niezobowiązującym i mało prawniczym „smutkiem” czy „oburzeniem”. Lejąc krokodyle łzy, żadnych zmian legislacyjnych nie proponuje, zasłaniając się tym, że Trybunał nie bada praktyki, ale prawo in abstracto – co nie jest do końca precyzyjne. Niekatolicy nie doczekają się zmian, bo profesor zdaje sobie sprawę, że oznaczałoby to koniec uprzywilejowania Kościoła katolickiego w polskim państwie i prawie.

Jego propozycja, by to nie lekarz ani dyrektor, ale państwo wskazywało szpitale, w których przeprowadzane są legalne w Polsce aborcje, wydaje się sensowna i wyważona. Jednak tylko na pierwszy rzut oka. Sugeruje ona bowiem, że istnieje niezależny byt „państwo”, który rozmawia z pacjentem i go leczy. Otóż pacjenta i obywatela leczy lekarz, a szpitalem zarządza dyrektor. To właśnie dyrektorem szpitala i lekarzem był profesor Chazan. Jak zatem „państwo” ma wskazywać szpital czy miejsce wykonywania legalnych zabiegów? Co zrobić, gdy urzędnik odpowiedzialny za taką listę odmówi jej sporządzenia, podania informacji czy wydania decyzji, powołując się na swoje sumienie? A tak właśnie było w przypadku sprawy Chazana.

Andrzej Zoll

”Wyczulenie prof. Andrzeja Zolla na konstytucyjne prawa obywateli znika, gdy padają pytania o naruszanie wolności sumienia niekatolików”
 

Profesor Zoll jest znanym i cenionym prawnikiem i wie, że jego niezwykle szeroka, ale, co ważne, selektywna interpretacja wolności sumienia nie da się pogodzić z demokratycznym państwem prawa. Stąd postuluje, by pewne zawody (np. lekarze, farmaceuci) miały szerszą jej ochronę niż inne, których, co ciekawe, już nie chce precyzować.

Ale powstaje pytanie: na jakiej podstawie dokonać takiego zróżnicowania? Dlaczego katoliccy lekarze fundamentaliści mają otrzymać większą ochronę prawną niż równie gorliwi religijnie sędziowie? Dlaczego sędzia katolik nie może odmówić udzielenia rozwodu albo kierownik USC odmówić zaślubienia pary mieszanej religijnie, skoro kłóci się to z ich sumieniem?

Jeśli wolność sumienia i wyznania jest rzeczywiście naczelną zasadą konstytucji, to nie można jej odmawiać jednym, a szczodrą ręką dawać drugim. W końcu nasza ustawa zasadnicza ma zapomniany przepis art. 32 ust. 2, który zabrania dyskryminacji z jakichkolwiek powodów. A przecież profesor nie chce chyba dyskryminować sędziów katolików zelantów?!

Przypomnijmy raz jeszcze, że w Polsce nikt nie zmusza nikogo do bycia lekarzem, sędzią albo urzędnikiem stanu cywilnego. Gdy jednak się na takie zawody zdecydujemy, to państwo – a nie Kościół – ma prawo i obowiązek nakreślić ich wymagania i granice. Gdy kłócą się one z naszym sumieniem – musimy podjąć samodzielną decyzję, czy oddać cesarzowi, co cesarskie, czy Bogu, co boskie.

Nawracanie za pomocą prawa

Sprawa doktora Chazana tak naprawdę nie jest sporem o granicę ludzkiego sumienia. Jest to klasyczny przypadek sporu o zakres swobody praktykowania religii. A ta nie jest w polskim prawie absolutna i niczym nieograniczona. Dyrektor Chazan użył państwa i swojego stanowiska, by narzucić swoją własną religię i swoją etykę tym osobom, które ich nie podzielały. Jest to niedopuszczalne zarówno moralnie, jak i prawnie. To on naruszył konstytucję i prawa innych – nie odwrotnie.

Niestety, trend „nawracania prawem” trwa już od 1989 roku. Niezwykle istotni w tym procesie okazali się prawnicy, w tym niestety Trybunał Konstytucyjny, który dokonywał i wciąż dokonuje cudów ekwilibrystyki, aby nie podpaść Kościołowi. W 1997 roku w słabym prawniczo, ale silnie zideologizowanym, orzeczeniu – jeden z sędziów orzekających nazwał argumentację i logikę większości „długą i krętą” – TK zdelegalizował aborcję w Polsce z przyczyn społecznych.

Dla prof. Zolla, autora tego orzeczenia, to jednak było za mało. U końca swojej kadencji rzecznika praw obywatelskich sugerował, że dopuszczalność aborcji ze względu na zagrożenie zdrowia matki to zbyt błahy powód. Swoje sugestie wcielił w życie jako członek Komisji Kodyfikacyjnej, która zaproponowała przepisy, które by legalność aborcji jeszcze bardziej ograniczyły i – co już przypominało XIX wiek – dopuszczały karalność kobiety za jej przeprowadzenie.

„Bezstronność państwa” to w praktyce dominacja katolicyzmu

Drugim przykładem jest kwestia nauczania religii w szkole. Od czasu jej wprowadzenia Trybunał Konstytucyjny systematycznie udaje, że nie widzi problemu dyskryminacji niekatolików. Jego orzecznictwo i polski stan prawny pod tym względem zmasakrowało strasburskie orzeczenie w sprawie Grzelak v. Polska w 2010 roku. Mało znanym wątkiem tego orzeczenia jest fakt, że rodzina Grzelaków bezskutecznie zwracała się o pomoc do polskiego państwa, by zapewniło ich synowi równe traktowanie w szkole. Grzelakowie zrobili dokładnie to, co proponuje profesor: wystąpili do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

Michał Królikowski

”Według wiceministra Michała Królikowskiego, konstytucyjna ‚bezstronność’ oznacza tak naprawdę dominację katolickiej nauki społecznej”
 

Jednak ówczesny RPO, cytując orzeczenie Trybunału z 20 kwietnia 1993 r., w którego wydaniu sam uczestniczył, odmówił pomocy. Powołał się na fakt, że nie może ponownie zaskarżyć przepisów, o których zgodności z konstytucją orzekł wcześniej Trybunał. To prawda, ale nie do końca. Okoliczności sprawy rodziny Grzelaków dokładnie przeczyły teoretycznej konstrukcji, którą wymyślił Trybunał, aby religię w szkole zachować. Istniała więc szansa, by Trybunał sprawę rozpatrzył ponownie. Owym rzecznikiem praw obywatelskich, a wcześniej sędzią, który obecność religii w szkole zalegalizował, był… profesor Zoll.

Ukoronowaniem procesu nawracania prawem jest jednak artykuł wiceministra Michała Królikowskiego w „Rzeczpospolitej”, który wprost napisał, że konstytucyjna „bezstronność” oznacza tak naprawdę dominację katolickiej nauki społecznej w przypadku konfliktu norm. To pod jego naciskiem Polska złoży deklarację – do złudzenia przypominającą deklarację państw islamskich o nadrzędności szarijatu – do Konwencji Ramowej w sprawie Przeciwdziałania Przemocy wobec Kobiet zastrzegając, że będzie ją interpretowała zgodnie z polską konstytucją. Czyli, w rozumieniu ministra, z katolicką nauką społeczną.

Wprowadźmy świeckość państwa zamiast „bezstronności”

Oczywiście Kościół rzymskokatolicki – i każdy inny – ma prawo uważać, że konstytucja z 1997 roku to za mało. Ma prawo żądać – poprzez biskupów i gorliwych świeckich prawników – by jego nauczanie narzucać niekatolikom, lekarzom, nauczycielom czy aktorom. By zgodnie z jego potrzebami cenzurować przedstawienia, podręczniki szkolne i zabiegi medyczne. By zakazać rozwodów, dyskryminować mniejszości religijne czy seksualne „dla dobra społeczeństwa” czy „ochrony rodziny” i znów się stać religią panującą.

Ale skoro Kościół rzymski w Polsce nie czuje się związany arcykonserwatywną konstytucją z 1997 roku, być może nadszedł wreszcie czas, by ją zmienić. By słabą „bezstronność” państwa w sprawach światopoglądowych zastąpić „świeckością”. By stosunków państwo-Kościół nie regulował korzystny dla Kościoła konkordat, ale zwykła ustawa – podobnie jak z innymi Kościołami w Polsce.

By, jak w ciągle rosnącej liczbie państw na świecie, wprowadzić nie tylko związki partnerskie, ale wprost małżeństwa jednopłciowe, bo nie ma żadnych racjonalnych ani naukowych powodów, by dalej dyskryminować nieheteroseksualnych Polaków w ich życiu rodzinnym. By dorosłym Polakom pozwolić decydować o swoim życiu (in vitro, aborcja, testament życia) oraz o tym, jak i z kim chcą je przeżyć.

By Kościoły – wszystkie – były finansowane przez dobrowolne składki swoich wiernych, a nie poprzez ukryte dotacje ze strony państwa, takie jak pensje dla kapelanów, katechetów, ordynariaty polowe czy „muzea myśli”. By uroczystości państwowe miały charakter świecki, a nie formę mszy świętej z odśpiewaniem hymnu państwowego pod kierownictwem biskupów ubranych w narodowe ornaty.

Gorliwi katolicy, tacy jak profesorowie Zoll, Chazan czy minister Królikowski, nie są i nie będą do niczego zmuszani: ani do wykonywania aborcji, ani do zawierania małżeństw jednopłciowych, ani do pobierania organów czy nawet chodzenia do lekarza, jeśli ich wiara im na to nie pozwala. Ale wreszcie utracą możliwość, by swoje własne, osobiste poglądy religijne narzucać innym, twierdząc, że gdy się im na to nie pozwala, są dyskryminowani i prześladowani.

Nadszedł czas, by po „25 latach wolności” konserwatywni panowie przestali nawracać nas za pomocą prawa.

Źródło: www.rp.pl

Kościół nie jest uprzywilejowany? Wolne żarty

Szokującą niekompetencją grzeszy wywiad z prof. Wiktorem Osiatyńskim, zamieszczony w ostatnim numerze „Newsweeka”, oznajmia Marcin Przeciszewski, szef Katolickiej Agencji Informacyjnej. Tak komentuje wywiad, w którym znany prawnik, pisarz i działacz społeczny wyraża przekonanie, że Polska powinna wypowiedzieć konkordat.

Marcin Przeciszewski

Szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski: ”Kościół katolicki w Polsce nie jest uprzywilejowany”

Marcin Przeciszewski uważa, że  konkordat nie przyznaje Kościołowi w Polsce jakichś szczególnych przywilejów, lecz po prostu zapewnia elementarne standardy współczesnej demokracji, obecne w większości państw Unii Europejskiej. Szef KAI przekonuje, że Kościół katolicki nie jest pod żadnym względem bardziej uprzywilejowany niż jakikolwiek inny Kościół w Polsce. Przeciszewski zapewnia też, że Kościół katolicki we wszystkich swoich działaniach przestrzega  polskiego prawa i w ogóle nie kieruje się prawem kościelnym, co sugeruje profesor Osiatyński.

Z szefem Katolickiej Agencji Informacyjnej nie zgadza się Aleksandra Pawlicka, dziennikarka, która przeprowadziła wywiad z Wiktorem Osiatyńskim.

Dowody na uprzywilejowaną pozycję Kościoła katolickiego

Marcin Przeciszewski twierdzi, że Wiktor Osiatyński nie ma racji, uznając, że konkordat daje Kościołowi uprzywilejowaną pozycję w państwie, pisze Aleksandra Pawlicka i pyta, czym jest w takim razie grożenie posłom ekskomuniką, gdy będą głosowali za ustawą o in vitro? Jako dowody na uprzywilejowaną pozycję Kościoła dziennikarka wskazuje również dominację religii w szkole, domaganie się wpisywania z niej ocen na świadectwie szkolnym oraz wyeliminowanie w praktyce lekcji etyki.

Aleksandra Pawlicka

Dziennikarka Aleksandra Pawlicka: ”Od państwa wyznaniowego dzieli nas tylko krok”

Kolejne dowody to nagonka na gender w celu ochrony patriarchalnej struktury społecznej, będącej istotą Kościoła katolickiego, a także  przyprawienie rogów lekarzom wypisującym recepty na środki antykoncepcyjne czy, nie daj Boże, decydującym się na wykonanie aborcji, gdy ciąża pochodzi z gwałtu, zagraża życiu matki albo płód jest nieuleczalnie chory.

Dziennikarka przypomina niedawną krucjatę na rzecz klauzuli sumienia będącej de facto deklaracją wiary. Czyż nie jest ona dowodem uprzywilejowanej pozycji Kościoła?, pyta Aleksandra Pawlicka i zwraca uwagę, że tej krucjacie lekarze, aptekarze i nauczyciele są wspierani przez biskupów i w efekcie powstaje oczekiwanie, że wymiar sprawiedliwości usankcjonuje nowy porządek.

„Chodzi o zakneblowanie ust”

A czym jest, panie Marcinie, zdejmowanie przedstawień, zwalnianie dyrektorów zgodnie z wolą kościelnych hierarchów, tylko dlatego, że ktoś działanie tych artystów lub menadżerów mógł uznać na obrazę uczuć religijnych?, pyta dziennikarka. Czyżby inne uczucia się nie liczyły? Na przykład uczucia matki zmuszonej przez profesora Chazana na urodzenie dziecka skazanego na cierpienie i śmierć? Albo uczucia ucznia skazanego na szkolny ostracyzm, bo nie idzie do komunii?

Zdaniem Aleksandry Pawlickiej, Wiktor Osiatyński ma rację mówiąc, że jesteśmy tylko o krok od państwa wyznaniowego. Mamy w Polsce wszystkie te zjawiska, które występują w państwie fundamentalistycznym, a różnica jest tylko taka, że wciąż możemy o tym rozmawiać. W kraju fundamentalistów mielibyśmy zakneblowane usta, pisze dziennikarka. I o to – jak rozumiem chodzi. Nie powinniśmy nawet o tym mówić.

Źródła: polska.newsweek.pl, opinie.newsweek.pl

Powstrzymać klerykalizację Polski

Świeckie państwo - stop pełzającej klerykalizacji życia publicznego

Państwo musi powiedzieć stop pełzającej klerykalizacji życia publicznego. Inaczej powstanie państwo wyznaniowe, gdzie lekarze będą odmawiać pacjentom pewnych procedur medycznych, a w szkołach będzie się mówić o kreacjonizmie.

– powiedział Jarosław Makowski z Instytutu Obywatelskiego w Radiu TOK FM. Wraz z doktorem Pawłem Boreckim z Katedry Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji UW odniósł się do opinii profesora Wiktora Osiatyńskiego, który w „Newsweeku” stwierdził, że Polska powinna wypowiedzieć konkordat.

Prawnik Paweł Borecki: ”Konkordat nie przyniósł Polsce żadnych wymiernych korzyści, za to nałożył na nią zobowiązania”

Konkordat nie przyniósł Polsce korzyści

Dr Paweł Borecki rozpoczynając rozmowę zgodził się z krytyczną oceną konkordatu: Z perspektywy ponad 20 lat od jego podpisania można powiedzieć jedno – konkordat nie przyniósł Polsce żadnych wymiernych korzyści, za to nałożył na nią zobowiązania. Dr Borecki wskazał, że konkordat jest dość wątpliwym  aktem normatywnym – nie reguluje np. tak ważnych zagadnień jak finansowe relacje państwa i Kościoła.  Za to są w nim takie sformułowania, które mogą stanowić podstawę do kolejnych roszczeń Kościoła wobec państwa o kolejne źródła wsparcia finansowego.

Jednak zdaniem Boreckiego, nie powinniśmy demonizować konkordatu, zwłaszcza że  wypowiedzenie konkordatu jest dziś nierealistyczne z politycznego punktu widzenia. Realne jest za to stosowanie jego głównej zasady: niezależności i autonomii państwa i Kościoła w swoich dziedzinach. Tego mamy prawo żądać, żeby Kościół nam się nie wtrącał w życie państwa wedle swojego widzimisię, mówił Borecki.

Wypowiedzenie konkordatu formalnie jest możliwe

Zapytany, czy wypowiedzenie konkordatu rzeczywiście jest nierealistyczne, dr Borecki odpowiedział, że formalnie jest to możliwe, ale wymagałoby woli  parlamentu i prezydenta, wspartej determinacją polityczną. A wszyscy wiemy, że w parlamencie trudno byłoby znaleźć laicką większość. Poza tym nawet taka ustawa zostałaby pewnie zaskarżona przez grupę żarliwych posłów do Trybunału Konstytucyjnego. A o wszystko można posądzić ten Trybunał, ale nie o wrogość do Kościoła. 

Ale zdaniem Pawła Boreckiego, znalazłyby się powody do wypowiedzenia konkordatu: Wystarczyłoby posadzić specjalistów, żeby przesłuchali serie audycji Radia Maryja i ocenili skalę wycieczek politycznych ojca dyrektora. Albo przejrzeli biuletyn KAI pod kątem wypowiedzi hierarchów atakujących państwo. Argumentów byłoby dość.

Państwo musi powiedzieć: stop klerykalizacji

Czy Polska bez konkordatu rzeczywiście byłaby cieplejszym krajem, jak przekonuje Wiktor Osiatyński? Zdaniem Jarosława Makowskiego,  nawet bez konkordatu trwałaby wojna kulturowa, która przejawia się dziś w sporach o deklarację wiary lekarzy, klauzulę sumienia lub spektakl teatralny „Golgota Picnic”.  Co ciekawe, do tak znaczących naruszeń konkordatu dochodzi, gdy nie ma już Jana Pawła II. Episkopat jest coraz bardziej zaciekły, konserwatywny i coraz więcej chce od tego państwa. Gdyby żył Jan Paweł II, to na tego typu klerykalizację przestrzeni publicznej nie byłoby miejsca, ocenił szef Instytutu Obywatelskiego. Zgodził się z nim dr Borecki: Jan Paweł II potrafił przytemperować polski episkopat, jasno przeciwstawiając się włączaniu się Kościoła w polityczne spory.

Dyrektor Instytutu Obywatelskiego Jarosław Makowski: ”Nieznośny, krzykliwy integryzm kościelny zatruwa nasze życie publiczne”

Makowski zaznaczył, że silna pozycja Kościoła dużej mierze jest skutkiem  słabości państwa. Dochodzimy do momentu, kiedy państwo musi powiedzieć „stop” tej pełzającej klerykalizacji życia publicznego, bo inaczej w ramach państwa demokratycznego powstanie państwo wyznaniowe, gdzie lekarze będą odmawiać pacjentom pewnych procedur medycznych, gdzie w szkołach będzie się mówić o kreacjonizmie, a nie ewolucjonizmie, powiedział Makowski i dodał, że radykalizm episkopatu wynika w dużej mierze z nacisków pewnych grup fundamentalistycznych. Podejrzewam, że episkopat to chciałby mieć spokój. Ale ponieważ widzi działanie tych grup, nie może być wobec nich w tyle. Stąd też dziś tyle radykalnych pomysłów Kościoła.

Łapczywy Kościół katolicki

Prowadzący program Jakub Janiszewski zwrócił uwagę, że w głównym nurcie życia publicznego w Polsce przez wiele lat nie istniała krytyka Kościoła. To, że ta krytyka przesączyła się do mainstreamu, to jest pewna nowość, powiedział Janiszewski. Polskie społeczeństwo się liberalizuje i reakcją na to jest właśnie ten integryzm kościelny, nieznośny, krzykliwy, który zatruwa nasze życie publiczne, powiedział Makowski.

Coraz bardziej dusimy się w tym naszym konserwatywnym klerykówku. A ci którzy mieli być motorem sekularyzacji czy modernizacji po prostu wyjechali, zauważył Borecki. Jego zdaniem, siła Kościoła nie powinna nas dziwić, natomiast ważniejsze jest to, by państwo nie dało się przez Kościół zdominować. Ja mam wrażenie, że Kościół może przegrać właśnie na tym, że jest zbyt łapczywy. I to ludzie w końcu powiedzą po prostu „dość”.

Źródło: www.tokfm.pl