Prof. Ewa Łętowska: Ekspansja roszczeń Kościoła i słabe państwo

Obserwujemy kroczącą ekspansję pretensji i roszczeń Kościoła, której polskie prawo nie potrafiło uchwycić i utrzymać w ryzach. Nie odegrało i nie odgrywa ani roli stabilizacyjnej, ani ochronnejpisze profesor Ewa Łętowska.

Profesor Ewa Łętowska

Ewa Łętowska – ur. w 1940 r., profesor nauk prawnych w PAN, pierwszy rzecznik praw obywatelskich (w latach 1988-92), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-11). Członkini Komitetu Helsińskiego

Minęło ćwierć wieku od wielkiej zmiany politycznej w Polsce, jednak nie osiągnięto ani stabilizacji, ani powściągnięcia władzy, zarówno świeckiej, jak i kościelnej. Nie spełniły się więc nadzieje na uporządkowanie relacji państwo-Kościół po 1988 roku.

Kościół chce wprowadzać swoje zasady

Dziedziny narastających konfliktów to kolejno: kultura (wywierane są naciski w sprawie tego co ma, a co nie ma ma być prezentowane w kinach, teatrach, galeriach); lecznictwo (powstała deklaracja głosząca, że prawo boże powinno być obligatoryjne dla lekarza, czego skutkiem może być sabotowanie prawa państwowego) oraz edukacja – od przedszkolnej (terytorialna „wolność od ideologii gender”) poprzez szkolną (symbole religijne, sprzeciw wobec edukacji seksualnej i kroczący spór o nauczanie religii, który doszedł do postulatu uczynienia z niej przedmiotu maturalnego) po uniwersytecką (unikanie organizacji spotkań i dyskusji na drażliwe tematy lub z udziałem niepożądanych prelegentów, jak choćby etyka Petera Singera na UW), pisze prof. Łętowska.

Wygaśnięcie mandatu Komisji Majątkowej nastąpiło po 22 latach, a nie, jak planowano, po dwóch. Rozwiązanie  Komisji – która miała doprowadzić do oddania Kościołowi bezprawnie odebranego mu majątku – nastąpiło w atmosferze skandalu i to bez satysfakcjonującego dla którejkolwiek ze stron wygaszenia oczekiwań i żądań.

Jakby tego było mało, wyższość prawa boskiego nad prawem państwowym  głoszona jest bez cienia oficjalnego sprzeciwu w czasie spotkań (11 czerwca 2014 r.) w Kancelarii Prezydenta, który powinien stać na straży konstytucji.

Mamy więc do czynienia z kroczącą ekspansją pretensji i roszczeń, wobec której polskie prawo zajmuje bierną postawę. Nie potrafi uchwycić tej ekspansji ani utrzymać jej w ryzach, a więc nie pełni funkcji stabilizacyjnej ani ochronnej. Dlaczego tak się dzieje?

Komisje zamiast stabilizującego prawa

Zamiast podzielić imperia Tronu i Ołtarza, rozgraniczając w samym prawie, co cesarskie, a co boskie, przeniesiono nierozstrzygnięte problemy na poziom różnych komisji, pisze autorka i zaważa, że te komisje działały nieprzejrzyście, a ich decyzje nie podlegały kontroli ani możliwości zaskarżenia. Był to mechanizm, który nie prowadził do istotnych rozstrzygnięć i nie dawał gwarancji równowagi między państwem a Kościołem, lecz raczej zachęcał do tego, by obie strony każdorazowo testowały wytrzymałość i gotowość drugiej strony do ustępstw.

To pierwszy paradoks i zarazem pierwsza ułomność regulacji stosunków państwo – Kościół, podkreśla Ewa Łętowska. Zwraca uwagę, że do tej pory nie wypracowano jasnej koncepcji rozdziału władzy państwa i Kościoła ani nie stworzono gwarancji towarzyszących utrzymaniu tego podziału.

Państwo jako słaby negocjator

Drugi paradoks jest taki: negocjacje i umowy to instrumenty tylko pozornie demokratyczne i koncyliacyjne. Mogą przynosić skutki pożądane politycznie, prawnie i społecznie jedynie wówczas, gdy obie strony wykazują mniej więcej równą siłę i determinację negocjacyjną. Jeśli nie ma tej równowagi, to podczas pertraktacji silniejszy tylko powiększa swoją przewagę, bo słabszy nie ma jak i czym przekonać go do korzystniejszej treści umowy.

I właśnie ten mechanizm ujawnia się w negocjacjach państwo-Kościół, bo równowaga wiedzy, woli, kompetencji i determinacji jest w nich naruszona. Oczywiście na niekorzyść państwa. Trudno się zatem dziwić, że w tych pertraktacjach zwycięża silniejszy. Ale słabszy powinien się nauczyć je prowadzić. A przynajmniej przewidywać trudności., pisze prof. Łętowska.

Kościół katolicki wymusza podporządkowanie

Ludzie Kościoła wciąż wysuwają liczne i nieproporcjonalne roszczenia światopoglądowe w kulturze, edukacji i medycynie. Uzasadniają je tezą o konieczności podporządkowania polskiego prawa światopoglądowi katolickiemu – i to w ortodoksyjnym wydaniu. Są przy tym przekonani, że na to podporządkowanie powinni zgodzić się również ci, „którzy nie podzielają tej wiary” – by użyć słów zawartych w pluralistycznej preambule polskiej konstytucji.

Ten zabieg jest konsekwencją trzeciego paradoksu: środowiska kościelne wysuwają swoje żądania w imię ochrony wolności sumienia jednostek, ale interpretują tę wolność nie w duchu „żyj i pozwól żyć innym”, lecz „żyj tak, jak ja chcę”. W ten sposób ochronna tarcza praw człowieka zostaje wykorzystana przez Kościół jako miecz. Instytucja ta uważa się bowiem za wyłącznego depozytariusza wolności sumienia, rozumianej jako podmiotowe prawo człowieka.

Widzimy tu charakterystyczną zamianę ról Kościoła jako aktora sceny prawnej. Gdy negocjuje z państwem lub wypowiada się na temat podziału majątku i władzy, Kościół przedstawia siebie jako instytucję. Ale gdy zabiera głos w obronie wierzących lub religii, wówczas jawi się jako obrońca praw człowieka, reprezentujący indywidualne wolności jednostek należących do religijnej wspólnoty. I chętnie w kontaktach z państwem wchodzi właśnie w tę rolę, bo ułatwia mu ona obronę własnej pozycji i prezentowanie własnej aksjologii jako jedynie słusznej albo  przynajmniej większościowej.

A chyba nie o to chodzi, pisze Ewa Łętowska i przypomina konstytucyjną preambułę, która głosi, że „Naród Polski” to „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”.

Źródło: wyborcza.pl

Większość Polaków nie chce religijnej „klauzuli sumienia”

Ponad połowa Polaków – 52 proc. – uważa, że w sytuacji, gdy prawo zezwala na przerwanie ciąży, lekarz nie może odmówić wykonania zabiegu, powołując się na własne sumienie.

Podpisanie przez część środowiska lekarskiego deklaracji wiary, w której lekarze uznają pierwszeństwo „prawa Bożego” nad ludzkim wzbudziło wiele kontrowersji, dlatego CBOS postanowił sprawdzić, jakie jest społeczne przyzwolenie dla tego typu działań i stosowania przez lekarzy tzw. klauzuli sumienia.

Zgodnie z ustawą, lekarz może się powstrzymać od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, musi jednak wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w innej placówce. Musi też uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Głośna sprawa profesora Chazana pokazała całej Polsce, że nie zawsze tak jest.

Przeciw dyktaturze lekarskiego sumienia

Sondaż CBOS w sprawie klauzuli sumienia


Większość Polaków uważa, że lekarze nie powinni  odmawiać wykonywania określonych działań medycznych ze względu na własne poglądy – wynika z sondażu CBOS. Jeszcze większą dezaprobatę Polscy wyrażają wobec klauzuli sumienia farmaceutów, pozwalającej na odmawianie realizacji recept, np. na środki antykoncepcyjne.

Prawie trzy czwarte badanych (73 proc.) uważa, że nawet w sytuacji konfliktu sumienia lekarz nie może odmówić wydania skierowania na badania prenatalne, gdy istnieje podwyższone ryzyko wady genetycznej lub rozwojowej płodu. Blisko dwie trzecie ankietowanych (62 proc.) jest zdania, że lekarz nie może odmówić wydania skierowania na zabieg przerwania ciąży, w sytuacji gdy kobietę, zgodnie z prawem, można do takiego zabiegu zakwalifikować.

W opinii ponad połowy respondentów (52 proc.), lekarz nie może, powołując się na własne sumienie, odmówić wykonania zabiegu przerwania ciąży, jeśli prawo na to zezwala.

59 procent ankietowanych krytycznie ocenia odmowę wykonania przez lekarza zabiegu zapłodnienia in vitro, jeśli para kwalifikuje się do takiego zabiegu.

Ponad połowa badanych (55 proc.) uważa, że lekarz nie może odmówić przepisania środków antykoncepcyjnych, jeśli nie ma ku temu przeciwwskazań zdrowotnych

Religijni i słabo wykształceni popierają „klauzulę sumienia”

Stosunkowo najwyższe przyzwolenie dla lekarskiej klauzuli sumienia wyrażają osoby praktykujące religijnie, z wykształceniem podstawowym, w wieku powyżej 65 lat, uzyskujące najniższe dochody. Jeśli chodzi o elektoraty partii politycznych, to najwięcej zwolenników przedkładania przez lekarzy własnego sumienia nad prawo stanowione jest wśród zdeklarowanych wyborców PiS i PSL.

Źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Polski Kościół walczy i osądza

Tradycjonalizm polskiego Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata – pisze profesor Tadeusz Bartoś.

Inspiracją pojawiającej się w mediach krytyki Episkopatu jest poczucie smaku, które nie akceptuje stylu publicznych wystąpień hierarchów. Niesmaczny jest oskarżycielski ton, poczucie wyższości połączone naturalnie z pogardą, prezentowanie siebie jako jedynych mających słuszność, wspartych boską sankcją. To jednak jest tylko wrażenie estetyczne, reakcja na szpetną formę.

Pytanie o sens publicznej aktywności polskich biskupów powinno sięgać dalej, ku zawartości ich myśli o sprawach państwa, życia społecznego i życia zwykłych ludzi. Myśl ta jest poważna i spójna, choć trudno się z nią zgodzić. Widoczna jest wyraźnie na przykładzie wypowiedzi abp. Gądeckiego sprzeciwiającego się rozdziałowi Kościoła i państwa. – Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – mówił arcybiskup.

Dusza, zgodnie z tradycją, jest organem sterującym, zarządzającym całością organizmu, a więc jej władza sięga głęboko, przenika całość jestestwa.

Arcybiskup Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki: ”Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera”.

To, co mówi abp Gądecki i jego współbracia w biskupstwie, jest przemyślane, wsparte refleksją nad historią Kościoła ostatnich kilku wieków. Walczą oni o zmianę kultury, powrót do czasów sprzed epoki rewolucyjnych przekształceń. Ten ruch myśli zwany jest tradycjonalizmem. Chodzi o postulat powrotu do dawnego stanu społecznego, który przeminął i po części został zapomniany; dlatego tradycjonalizm jest radykalniejszy od konserwatyzmu, który chce przede wszystkim zmiany moderować.

Tradycjonalizm Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata. Na takiej emancypacji polega nowożytność. Jest tam modernizacja tradycyjnej struktury społecznej pod hasłem równości wszystkich obywateli (u nas choćby zniesienie stanu szlacheckiego, pańszczyzny chłopów). Jest to przyznanie ludziom wolności wypowiedzi i wolności myślenia, prawa do własnego sądu na temat świata, życia zgodnie z własnym pomysłem na życie. To wszystko są nowości ostatnich dwustu lat.

Do czasów Soboru Watykańskiego II Kościół sprzeciwiał się tym przemianom. Na soborze nastąpił jednak radykalny zwrot. Ogłoszono aggiornamento, uwspółcześnienie – dostosowanie Kościoła do naszego dziś. Mówiono o accomodata renovatio – stosownej odnowie, a więc właśnie o unowocześnieniu.

Tę próbę dostosowania Kościoła do współczesności odrzucają nasi hierarchowie. To nie Kościół ma się dostosować do świata, ale świat, państwo, społeczeństwo i jednostka mają się dostosować do Kościoła. Kościół ma pozostać Ecclesia militans, Kościołem walczącym, będącym znakiem sprzeciwu. Episkopat idzie w tej mierze za wypowiedziami Benedykta XVI, który przywrócił to pojęcie katolickiej „narracji”. Problem jednak w tym, że wedle celów postawionych sobie przez naszych biskupów Kościół ma być znakiem sprzeciwu totalnego, dążącego do pełnego podporządkowania spraw publicznych (stąd metafora duszy).

Negacja zmian, chęć przywrócenia stanu sprzed epoki modernizacji jest wprost odrzuceniem przesłania Soboru Watykańskiego II, który mówił o „słusznej autonomii rzeczy doczesnych”. Tej autonomii ma już nie być, nie ma być autonomii państwa i społeczeństwa, nie ma być autonomii duchowej ludzi wyrażanej w autonomii ich sumienia, a więc uznania ich kompetencji moralnych, prawa do działania zgodnie z własnym sumieniem, nawet jeśliby to sumienie mówiło coś innego, aniżeli aktualne wskazania hierarchii kościelnej.

Pojęcie Ecclesia militans, a także Ecclesia triumphans oznaczają powrót do obecności Kościoła w społeczeństwie jako oskarżyciela, prokuratora i sędziego, a nie uczestnika dialogu, otwartego na rozmowę, która szanuje odmienność stanowisk. Kto oskarża, nie chce rozmowy równego z równym, chce rozmowy sędziego z oskarżonym, chce społeczeństwa opartego na poczuciu winy.

Zapytać wypada, czy ofensywa Episkopatu Polski nie jest walką z wiatrakami, zawracaniem Wisły kijem? Biskupi wierzą w sens tej świętej wojny, co świadczy o heroiczności ich wiary, wiary, która góry przenosi. Świadczy o gotowości do walki z przeciwnikiem w gruncie rzeczy silniejszym – jest nim bowiem cała współczesna kultura. Powie ktoś, że to brawura, wręcz zuchwalstwo. Rzeczywiście, postawienie na jednego konia to ryzykowna strategia. Można wiele stracić.

W tej postawie nieustępliwej walki jest wśród hierarchii gotowość do przyjęcia ciosów, jakimi są śmiech i szyderstwo. Gotowość, bądźmy szczerzy, męczeństwa na pluszowym krzyżu, bo państwo demokratyczne strzeże wolności religijnej, u nas nawet penalizuje obśmiewanie religii. Męczeństwa tym bardziej kłopotliwego, że druga strona sporu pamięta dobrze, jaka jest natura instytucji, która nie znosi żartu, nie wie, co to autoironia, chce być zawsze śmiertelnie poważna.

Kto wygra to cywilizacyjne zwarcie? Jak mawiał pan Kazimierz: „Albo my wygramy, albo oni”. „Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje”. „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni”.

Tadeusz Bartoś – filozof, profesor Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku

Źródło ->

Polacy na szczęście wybiórczo słuchają Jana Pawła II

Polski papież miał bardzo konserwatywne poglądy dotyczące antykoncepcji, rodziny, aborcji czy relacji między płciami. Czy te przekonania mają odzwierciedlenie we współczesnym polskim społeczeństwie? – zastanawia się psycholog społeczny dr Jarosław Klebaniuk, z którym rozmawia Piotr Szumlewicz.

Jarosław Klebaniuk

Dr Jarosław Klebaniuk, adiunkt w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, publicysta, prozaik, redaktor kwartalnika 'Psychologia Społeczna’.

Papież bardzo skrupulatnie reglamentował najbardziej intymne sfery życia. Konsekwentnie potępiał seks przed i pozamałżeński oraz antykoncepcję, także tę, która nie opiera się na niszczeniu zarodków zwanych przez Kościół „dziećmi nienarodzonymi”. Potępiał także związki homoseksualne, emancypację kobiet, prawo do wyboru własnego stylu życia, zwłaszcza jeśli ten był odmienny od postulowanego przez Kościół. Część głęboko zaangażowanych w katolicyzm ludzi stara się postępować zgodnie z tymi restrykcyjnymi zaleceniami. Ma to bardzo rozległe konsekwencje, generalnie negatywne. Na poziomie emocjonalnym może oznaczać poczucie winy, bo ciężko sprostać tak wysokim wymaganiom, jakie stawia katolicyzm. Jak na przykład czerpać radość z seksu, gdy ten stanowi tabu i obarczony jest poczuciem winy? Jak się uchronić od „grzesznych” myśli, skoro – zgodnie z wiedzą psychologiczną – walka z nimi jedynie je nasila?

Na poziomie społecznym konsekwencje są równie poważne. Rodzi się więcej nieplanowanych, niechcianych dzieci. Stosowanie antykoncepcji jest zakazane, ale usuwanie zarodków także, więc w rezultacie wiele rodzin, w tym także dzieci, jest nieszczęśliwych. Jednocześnie propagowanie przez Kościół tradycyjnych ról płciowych i relacji między płciami, w których mężczyzna dominuje, ma władzę, prawo do ostatecznej decyzji, prowadzi do dyskryminacji kobiet. To, że przyjmują one nauczanie Kościoła i godzą się na poślednie miejsce w rodzinie, nie zmienia faktu, że bez presji religii miałyby wybór i być może wybrałyby mniej obciążający, dający więcej możliwości samorozwoju styl życia.

Na szczęście większość Polaków podchodzi bardzo pragmatycznie do spraw seksu i relacji między płciami. Można powiedzieć, że na szczęście nie słuchają papieża lub, co jest chyba bliższe prawdy, robią to wybiórczo. Mówiąc o „słuchaniu papieża”, mam oczywiście na myśli stosowanie się do zaleceń Kościoła rzymskokatolickiego, przekazywanych na lekcjach religii, mszach, naukach przedmałżeńskich, a najbardziej chyba przez rodziców, nie zaś czytanie historycznych przemówień Jana Pawła II czy odtwarzanie jego głosu z MP4.

Z przeprowadzonego dla Polskiego Radia sondażu Instytutu Badania Opinii „Homo Homini” wynika, że 82 procent Polaków uważa, iż nauki i osoba papieża Jana Pawła II wpłynęły na ich życie. Na czym polega ów wpływ Pana zdaniem?

To są poprawne politycznie deklaracje, mające na celu zamanifestowanie bycia prawomyślnym. To tak jakby spytać: „Czy słuchałeś(aś) uważnie słów tego wielkiego i mądrego człowieka? Czy wziąłeś/wzięłaś sobie do serca jego głębokie przemyślenia i sugestie? Czy też zlekceważyłeś(aś) tę krynicę wiedzy i trwasz w ciemnocie?”. Ze względu na status Jana Pawła II jako źródła norm konformizm każe odpowiedzieć, że tak. Respondenci prawdopodobnie niechcący mówią zresztą prawdę. Autorytaryzm Polaków i Polek świadczy o tym, że hierarchiczne relacje, płynące z obcowania, choćby za pośrednictwem telewizji, z papieżem, stają się czymś trwałym. To jednak niezupełnie to samo, co świadome korzystanie z drogowskazu moralnego, jakiego źródłem mógł być papież. Mało kto przyznałby, że jest zwolennikiem cenzury dlatego, że Kościół reprezentowany przez Wojtyłę potępia różne treści niezgodne z jego ideałem świata. Mało kto także by przyznał, że chęć walki z „hałaśliwymi wywrotowcami” i „pozbycia się zgniłych jabłek” to echa nietolerancyjnej postawy papieża wobec odmienności. Wpływ był, a za sprawą kościelnej propagandy wciąż jest wywierany, ale jego mechanizmy nie muszą być powszechnie znane osobom, które mu ulegają.

Ojciec nieświęty

Wywiad z Jarosławem Klebaniukiem to jedna z kilkunastu rozmów o Janie Pawle II opublikowanych w książce Piotra Szumlewicza 'Ojciec nieświęty’.

Czy uważa Pan, że w Polsce następują procesy laicyzacji, czy raczej rola religii pozostanie znaczna? Jaką rolę może tutaj odegrać pamięć o polskim papieżu?

Młodzi ludzie zrażają się do religii. Część z nich poddaje dogmaty krytycznej ocenie. Przekazywane treści stoją przecież w jaskrawej sprzeczności z ustaleniami nauki. Poza tym religia w szkołach nauczana jest w nieatrakcyjny sposób. Dyrektorzy szkół ani kuratorium nie mogą zwolnić katechetki czy katechety, bo wyznaczają ich władze kościelne. Poza tym zarówno dostęp do informacji, jak i sposoby spędzania czasu alternatywne w stosunku do praktyk religijnych czy modlitwy sprawiają, że młodzi ludzie angażują się w coś innego. Istnieją oczywiście środowiska, w których presja na bycie religijnym, choćby to miało się ograniczać wyłącznie do obrzędowości, jest duża. Niektóre dzieci, zwłaszcza w rodzinach o niższym statusie społeczno-ekonomicznym, mniej wykształconych, będą więc wychowywane w duchu katolickim. Katolicka autoidentyfikacja w Polsce wciąż stanowi normę. Znam osoby niewierzące, które z czystego konformizmu chrzczą dzieci, posyłają na religię, do komunii i bierzmowania, a nawet nalegają na ślub kościelny.

Procesy laicyzacji prawdopodobnie będą jednak postępować. W krajach zachodnich, wraz ze wzrostem zamożności i samoświadomości mieszkańców, zainteresowanie religią spada. Choć jednocześnie fundamentaliści mogą w bardziej wyraźny sposób manifestować swoje poglądy i pozyskiwać nowych zwolenników. Sytuacja jest więc dosyć złożona. Przewidywanie, że nastąpi pełna laicyzacja i humanizacja społeczeństwa, należałoby uznać za przejaw myślenia życzeniowego u jednych, a sposób mobilizacji do nasilenia wysiłków ewangelizacyjnych – u drugich. Fakt, że od jakiegoś czasu indywidualizm jako wymiar kultury w zamożnych krajach wypiera kolektywizm, nie oznacza, że ta tendencja nie może się kiedyś odwrócić. Kłopoty gospodarcze świata sprawiają, że obszary biedy i wykluczenia, zazwyczaj sprzyjające agresywnej religijności, nie tylko się utrzymują, ale też, przy trwalszym załamaniu ekonomicznym, mogą się poszerzyć. Wtedy procesy laicyzacji otrzymają potężny cios.

W ciągu ostatnich lat Jan Paweł II stał się w Polsce bohaterem wielu filmów, książek, a nawet kolorowych magazynów. Czy Pana zdaniem polski papież jest kimś w rodzaju pośmiertnego celebryty?

Z pewnością w Polsce jest jedną z najbardziej znanych, szanowanych i czczonych postaci. Celebrytą był już za życia. Lubił pokazywać się publicznie, lubił wyrazy sympatii, okazywane mu zainteresowanie.

W zestawieniu z tymi nieludzkimi poglądami i szkodliwą społecznie ideologią, jaką głosił, ta próżność i samouwielbienie Jana Pawła II były nawet dosyć sympatyczne – nadawały mu jakiś człowieczy rys. Wydawało mi się, że po śmierci jego sława i chwała trochę przycichną. Polskie media zadbały jednak o to, by tak się nie stało. Mam wrażenie, że po śmierci, przynajmniej przez pierwszy rok, poświęcały mu nawet więcej uwagi niż za życia. To musiał być dla nich łatwy temat: wystarczyło mówić wyłącznie dobrze i z szacunkiem. Nie trzeba się było przejmować dziennikarską rzetelnością. Można było zawiesić zasady dobrego dziennikarstwa: dbanie o obiektywizm, prezentowanie kontrastujących ze sobą opinii, weryfikowanie informacji. Zresztą i teraz krytykowanie papieża – choć w świetle skandali pedofilskich wśród duchownych, które przez dziesiątki lat tolerował, wydawałoby się uprawnione – stanowi tabu, w każdym razie dla większości dziennikarzy i publicystów.

Fragment wywiadu z książki Piotra Szumlewicza „Ojciec nieświęty”, w której na temat Jana Pawła II wypowiadają się znane postacie polskiego życia publicznego.

Kup książkę ->

Obowiązkowa msza dla uczniów i nauczycieli w dniu kanonizacji Jana Pawła II

– To łamanie prawa – uważa fundacja Wolność od Religii i pisze do kuratora oświaty. W Zespole Szkół nr 2 w Kolbuszowej na Podkarpaciu zarówno dzieci, jak i nauczyciele musieli się w niedzielę 27 kwietnia o godz. 16 obowiązkowo stawić w miejscowym kościele na mszy z okazji kanonizacji Jana Pawła II. Po mszy – przemarsz do szkoły i odsłonięcie tablicy pamiątkowej. Dyrektor placówki nie ma sobie nic do zarzucenia.

Na stronie szkoły znajduje się ogłoszenie sprzed kanonizacji. Wynika z niego, że 27 kwietnia – niedziela – to „obowiązkowy dzień pracy dla wszystkich uczniów z klas IV-VI i dla nauczycieli. Dniem wolnym za ten dzień będzie 25 czerwca”.

Skąd taka praktyka? „To chyba naturalne”

Na jakiej podstawie wprowadzono „obowiązek” pracy 27 kwietnia? Dyrektor wprost na to pytanie nie odpowiedział. Przyznał jednak, że Gimnazjum Zespołu Szkół nosi imię Jana Pawła II, a to do czegoś zobowiązuje. – To jest patron naszej szkoły. Większego święta, większej uroczystości nie będzie. To chyba naturalne – mówi Kaczmarczyk. I przekonuje, że nie miał żadnych sygnałów od rodziców, że mają wątpliwości albo coś im się nie podoba.

„Nikt nikogo nie rozliczał pod kościołem ani w szkole”

Choć na stronie napisano o „obowiązku”, dziś dyrektor tłumaczy, że nikt nie sprawdzał listy obecności. – Dzieci nie otrzymały żadnych nieobecności. Absolutnie nikt nikogo nie rozliczał ani pod kościołem, ani w szkole – podkreśla. I dodaje, że całą uroczystość organizowali burmistrz Kolbuszowej, miejscowa parafia i szkoła. Nauczyciele musieli się stawić obowiązkowo, bo jak tłumaczy dyrektor, jeśli miały być dzieci, to musiał się ktoś nimi opiekować. Po mszy był przemarsz pod szkołę i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku szkoły poświęconej Janowi Pawłowi II i kanonizacji.

W miejscowej szkole dwoje uczniów nie chodzi na religię. – Nie chodzą do kościoła, nie chodzą na religię. Jest to normalne, jeśli rodzice sobie nie życzą – mówi dyrektor Kaczmarczyk. W jego szkole w sumie uczy się ponad 800 uczniów, w tym prawie 350 w gimnazjum, reszta w podstawówce.

Fundacja Wolność od Religii: „To indoktrynacja, niezgodna z prawem”

Dorota Wójcik z fundacji Wolność od Religii nie ma wątpliwości, że coś jest nie tak. – W programie nie było zajęć w budynku szkoły, lekcji matematyki czy polskiego, tylko msza święta i poświęcenie tablicy na budynku szkoły. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację uczniów poddawanych tak głębokiej indoktrynacji, którzy nie są w stanie się temu przeciwstawić – mówi Wójcik. Podkreśla, że w trudnej sytuacji są też nauczyciele. – Sprzeciwiając się oficjalnie woli dyrektora, mogliby się narazić na utratę pracy – dodaje szefowa fundacji. Jak podkreśla, to nie pierwszy sygnał ze szkoły noszącej imię Jana Pawła II. – Tych placówek jest bardzo dużo w Polsce. I nadanie imienia Jana Pawła II szkoły interpretują jako usprawiedliwienie dla wszelkich praktyk religijnych, które u siebie organizują – mówi Dorota Wójcik.

Fundacja Wolność od Religii wystosowała list do podkarpackiego kuratora oświaty. Prosi w nim o kontrolę w szkole w Kolbuszowej w związku z dyskryminującymi praktykami, jakie mają tam miejsce. Fundacja powołuje się na kilka artykułów z Konstytucji RP, m.in. na art. 53 ust. 6: „Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych”. – Wymaganie obecności w kościele od wszystkich uczniów jest próbą wprowadzania takiego przymusu – mówi Dorota Wójcik. „Brak sprzeciwów oraz wieloletnia praktyka nie mogą być usprawiedliwieniem dla tego typu działań” – czytamy w piśmie wystosowanym przez fundację.

Źródło->