Klęska Kościoła. Sejm ratyfikował konwencję o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet

Sejm uchwalił ustawę o ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, czemu zdecydowanie sprzeciwiał się Kościół katolicki.  

 Zebranie Episkopatu. Kościół katolicki stanowczo przeciwstawia się konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet

Zebranie Episkopatu. Kościół katolicki stanowczo przeciwstawia się konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet

Ochrona kobiet przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji – taki jest cel konwencji. Dokument zakłada, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a więc można skuteczniej przeciwdziałać przemocy, jeśli się walczy z dyskryminacją i  stereotypami.  Organizacje kobiece, broniące praw człowieka oraz pomagające ofiarom przemocy od dawna wzywały do ratyfikowania konwencji. Sprzeciwiali się temu hierarchowie Kościoła katolickiego i politycy związani z Kościołem.

Od 700 tysięcy do 1 miliona Polek co roku doświadcza przemocy fizycznej i seksualnej. W wyniku przemocy w polskich domach ginie rocznie około 150 kobiet. Sześć na siedem z nich to ofiary byłych albo aktualnych partnerów. Policja nie może natychmiast odizolować ofiar od sprawców przemocy, bo wciąż nie ma takich uprawnień. A więc kiedy policyjny patrol wychodzi z mieszkania, kobieta znów zostaje sam na sam ze swoim prześladowcą. Konwencja mogłaby to zmienić, jednak Kościół katolicki przeciwstawia się tym zmianom.

Kiedy rozum śpi, budzą się biskupi

Episkopat przed każdym z sejmowych głosowań w sprawie konwencji wydawał oświadczenia, w których potępiał dokument.  W ostatnim oświadczeniu biskupi uznali, że konwencja „wynika ze skrajnej neomarksistowskiej ideologii gender” i prowadzi do „destrukcji ideału małżeństwa”. Krytykują ją za to, że „wiąże ona zjawisko przemocy z tradycją, kulturą, religią i rodziną, a nie z błędami czy słabościami konkretnych ludzi”. Zdaniem biskupów konwencja „nie jest skoncentrowana na przeciwdziałaniu przemocy, jak sugeruje jej tytuł, ale na wprowadzeniu ideologicznej rewolucji kulturowej”. Przy okazji biskupi skrytykowali też edukację seksualną, ustawę o związkach partnerskich i tabletkę dzień po.

Enuncjacjami biskupów zdziwieni są nawet komentatorzy znani z konserwatywnych przekonań. Mam sporo żalu do arcypasterzy polskiego Kościoła za używanie tych, na moje ucho, idiotycznych zbitek myślowych, powiedział publicysta Jan Wróbel w Poranku Radia TOK FM. Neomarksistowska ideologia? Ideologia gender? Znaczna część polskich katolików nie bardzo rozumie te określenia, ale odruchowo mają się nauczyć, że jest w nich coś złego.

Źródła: wiadomosci.onet.pl, polska.newsweek.pl, www.tokfm.pl

Prof. Tadeusz Bartoś: Kościół nie powinien ingerować w ustawę o in vitro

Episkopat stawia się w roli prawodawcy, który pozbawia ludzi pewnych praw. Kościół chce narzucić swoje poglądy całemu społeczeństwu, również niewierzącym – mówi profesor Tadeusz Bartoś, komentując stosunek polskiego Kościoła katolickiego do ustawy o in vitro w wywiadzie dla portalu Medexpress.pl 

Profesor Tadeusz Bartoś

Filozof Tadeusz Bartoś: ”Treść rekomendacji, jakie wydaje Episkopat, jest sprzeczna z poczuciem praw ludzkich”

Tadeusz Bartoś nie widzi problemu w tym, że Episkopat zajmuje oficjalne stanowisko przy uchwalaniu konkretnych ustaw, na przykład Ustawy o leczeniu niepłodności, zwanej potocznie Ustawą o in vitro. Jak każda grupa zainteresowana tematem może w ramach demokracji zabierać głos. Tak się dzieje w każdym demokratycznym państwie, mówi profesor.

Kościół być może wykorzystuje swoje nieformalne wpływy

Pojawiają się komentarze, że Kościół nie powinien ingerować w kwestie medyczne związane z leczeniem niepłodności. Jednak to, że ludzie Kościoła wypowiadają się na ten temat nie jest jeszcze ingerencją. Filozof zaznacza, że Kościół ma prawo do wyrażania opinii, co więcej może działać także na zasadzie lobbingu, bo mieści się to w ramach demokracji.

Ważne, aby odbywało się to zgodnie z regułami gry. Pytanie czy zawsze tak jest, zastanawia się profesor. Zwraca uwagę, że istnieje taki rodzaj lobbingu, gdzie wszystko odbywa się nieformalnie, a przy tym niełatwo znaleźć na to mocne dowody. Wpływy Kościoła, ich siła i zakres, są oburzające dla pewnej części opinii publicznej. Pojawiają się więc podejrzenia, że odgrywają tu rolę wpływy nieformalne.

Po roku działania rządowego programu leczenia niepłodności metodą in vitro urodziło się 249 dzieci. Dlatego rząd zapowiedział kolejne kroki i przekazał do konsultacji ustawę o in vitro.
Zgodnie z ustawą, mają powstać Centra Leczenia Niepłodności, będzie wprowadzony zakaz handlu zarodkami, zakaz klonowania i zakaz eksperymentów na ludzkich zarodkach, utworzony zostanie także rejestr dawców i zarodków.
Episkopat zapowiedział, że tej ustawy nie poprze, jako sprzecznej z „nauką Kościoła”.

Episkopat chce ograniczyć ludzkie prawa

Tadeusz Bartoś zgadza się z opinią, że takie działania Episkopatu to ograniczanie wolności w pewnych sferach życia, jak choćby w przypadku sporów na temat rozrodczości czy in vitro. Episkopat stawia się w roli prawodawcy, który pozbawia ludzi pewnych praw. To oczywiście budzi opór, mówi profesor

A więc na krytykę zasługuje nie  samo formalne prawo do wypowiadania się, lecz treść  rekomendacji wydawanych przez Episkopat. Ta treść, zdaniem profesora, jest sprzeczna z poczuciem ludzkich praw, bo faktycznie ogranicza ona ludzkie prawa, na przykład takie, jak prawo do posiadania dzieci i prawo do wyboru skutecznej metody leczenia niepłodności

Kościół chce narzucić wszystkim swoje zasady

Wiele osób nie rozumie, dlaczego Episkopat tak bardzo upiera się przy swoim. Tadeusz Bartoś tłumaczy, że istnieją pewne wewnętrzne, religijne zasady katolicyzmu, które są dość osobliwe, bo głoszą, że w żaden sposób nie można ingerować w proces zapłodnienia.

To ma być dzieło Boże, w którym człowiek jest tylko takim narzędziem, uczestnikiem bez możliwości ingerencji seksualnej. Małżonkowie mają współżyć, a będzie co będzie. To mniej więcej coś takiego, wyjaśnia filozof. Według Kościoła, ta dziedzina seksualna jest wyjęta spod praw ludzkich i przy takim założeniu człowiek ma niewiele do powiedzenia.

Ale profesor zwraca uwagę, że nie można narzucać takiego założenia całemu krajowi. Ludzie mogą mieć różne specyficzne prawa, lecz problem polega na tym, że jest ochota, aby te najbardziej osobliwe regulacje narzucić wszystkim ludziom, również niewierzącym. A więc wprowadzić prawo religijne, a nie państwowe.

Źródło: www.medexpress.pl

Włoski biskup nie chce krzyży w szkołach. Polscy katolicy w szoku

Katolicki biskup Chioggi sprzeciwił się burmistrzowi Padwy, gdy ten wydał rozporządzenie o wprowadzeniu krzyży w szkołach oraz miejscach publicznych – pisze polski katolicki portal PCh24.pl, nazywając tę informację „skandaliczną”.

Burmistrz Padwy, Massimo Bitonci

Burmistrz Padwy Massimo Bitonci: ”Ręce precz od tych krucyfiksów, bo pożałujecie”

Burmistrz Padwy, Massimo Bitonci, sprawuje swój urząd z ramienia prawicowej Ligi Północnej. Po raz pierwszy zrobiło się o nim głośno kilka lat temu, kiedy był burmistrzem miasta Cittadella – zadecydował wówczas, że ubodzy, bezrobotni i bezdomni nie będą mogli uzyskać pozwolenia na zamieszkanie w mieście. O tym nie wspomina katolicki portal PCh24.pl, ani o tym, w jaki sposób Bitonci zakomunikował swoją decyzję o obowiązku wieszania krzyży w szkołach i urzędach Padwy. Burmistrz napisał na swoim profilu na Facebooku: „Teraz każdy urząd i każda szkoła otrzyma ładny obowiązkowy krucyfiks, ofiarowany przez miasto. Ręce precz od tych krucyfiksów, bo pożałujecie”.

Biskup Tessarollo: to nie służy walce o wiarę 

Niezadowolenie z decyzji burmistrza Padwy wyraził biskup Chioggi, Adriano Tessarollo. Oświadczył, że to rozporządzenie nie służy walce o wiarę i Kościół, ponieważ istnieją „inne sposoby obronny katolickich wartości”. Nie sprecyzował jednak jakie, zauważa z przyganą portal PCh24.pl, po czym strofuje włoskiego hierarchę: Postawa biskupa jest absurdalna, nawet jak na „nasze czasy”.

Biskup Adriano Tessarollo

Biskup Adriano Tessarollo: ”Kościół nie powinien nigdy prowadzić bitew przez Krzyż”

Stanowisko biskupa wywołało silne kontrowersje, na które sam zainteresowany odpowiedział słowami: „Nie chciałbym robić z tego tragedii”. Dodał potem niejasno pisze PCh24.pl – że jego zdaniem „Kościół nie powinien nigdy prowadzić bitew przez Krzyż”. 

Biskup wrogiem krzyża?

Portal przypomina, że jeszcze niedawno Konferencja Episkopatu Włoch walczyła o prawo do krzyży w miejscach publicznych z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. W oficjalnym stanowisku włoscy biskupi napisali wówczas, że „ekspozycja krzyży w szkołach publicznych ma duże znaczenie dla uczuć religijnych i tradycji narodów europejskich”. Jak widać, nie wszyscy biskupi w to wierzą, ubolewa PCh24.pl i przypomina stanowisko papieża Benedykta XVI, który w 2006 roku na spotkaniu z katolickimi prawnikami potępił „wrogów krzyża”.

Polska reakcja: ekskomunikować biskupa!

Postawa biskupa Tessarollo wprawiła w osłupienie katolickich internautów w Polsce: Zwariował? Ekskomunika! Własnym sądem się potępił. Nie może już sprawować kultu i urzędów kościelnych, pisze jeden z nich. Inny zastanawia się, czy biskup może czegoś się „nawąchał”, jeszcze inny stawia diagnozę: Obawiam się, że opisywany biskup jest po prostu niewierzący. 

Pamiątka po faszystach?  

Obowiązek wieszania krzyży we włoskich szkołach i urzędach wprowadził faszystowski reżim Benito Mussoliniego w latach 20. ubiegłego wieku – przypomina włoska agencja prasowa ANSA. Konstytucja Włoch z 1948 roku deklaruje świeckość państwa, ale kolejne włoskie rządy nigdy nie odwołały dekretów Mussoliniego o obowiązkowych krzyżach. W związku z tym w wielu włoskich szpitalach, sądach i szkołach wciąż wiszą krucyfiksy.

Źródła: www.pch24.pl, www.ansa.it, www.independent.co.uk

Katolicka agitacja na Przystanku Woodstock

Kościół katolicki wciąż traci wiernych, więc coraz większą wagę przywiązuje do akcji agitacyjnych i werbunkowych – nazywa je ewangelizacją. Od wielu lat katoliccy agitatorzy ściągają na Przystanek Woodstock, który gromadzi wielotysięczną publiczność. Są tam również w tym roku, działają w ramach formuły organizacyjnej o nazwie Przystanek Jezus.

Tworzą liczną armię – jak informuje Katolicka Agencja Informacyjna (KAI), jest ich aż 725: księża, klerycy, siostry zakonne, studenci, młodzież z wielu stron Polski i z zagranicy. Przybyli tu, aby swoich rówieśników nakłaniać do wiary katolickiej („powiedzieć im o Bogu”, jak pisze KAI).

Przystanek Woodstock - kto tu rządzi

Przystanek Woodstock. Wszyscy muszą wiedzieć, kto tu rządzi.

Wśród nich jest ksiądz w czerwonych trampkach, Grzegorz Herman. Zainteresowanie budzą jego tatuaże – ma m. in. wytatuowane pytanie „Kim dla ciebie jest Jezus Chrystus?”, napisane po francusku, bo ksiądz na co dzień mieszka we Francji. Jest proboszczem, zarządza 17 parafiami. Poza tym agituje w więzieniu i w salonie tatuażu. Stąd ten napis na lewej ręce. Narzeka, że we Francji jest wielka ignorancja religijna, a więc przyjazd do Polski to dla niego naładowanie baterii. Pytany o trampki i tatuaż otwarcie przyznaje, że w ten sposób przyciąga woodstockowiczów. Zdradza też jedną z psychologicznych technik nawracania: Zaczynamy mówić o rzeczach przyziemnych, a kończymy na głębokich.

Jak co roku, uczestnicy Przystanku Jezus prześcigają się w nachalnym („kreatywnym”, wg KAI) manifestowaniu swojej wiary. Agnieszka chodzi po Woodstocku z tabliczką, na której napisała „Rudych Bóg też kocha”. Popularne są wszywki przypinane do plecaków, sutann czy habitów. Najczęściej można zobaczyć te z napisem „Jestem księdzem. Mogę cię wyspowiadać” i „Jeśli chcesz, mogę się za ciebie pomodlić” (KAI nie ujawnia, czy te oferty cieszą się zainteresowaniem woodstockowiczów). Wśród nowości pojawiła się wszywka „Zapytaj mnie, dlaczego tak wyglądam”, być może zainspirowana hasłem z tegorocznych koszulek: „Jestem chrześcijaninem. Zapytaj mnie dlaczego”.

Metody religijnej agitacji

Ewangelizacja na Przystanku Woodstock

Jedna z metod ewangelizacji na Przystanku Woodstock

Robert Kościuszko, rzecznik prasowy Przystanku Jezus, wyjaśnia, że podczas Przystanku ewangelizatorzy posługują się dwiema metodami: indywidualną i grupową. Zaczynamy od grupowej, czyli zapraszamy ludzi do nas, ale i tak zawsze dochodzimy do tej indywidualnej.

Na Przystanek Jezus przyjeżdżają osoby wcześniej urobione („uformowane”) w jakiejś wspólnocie, ruchu czy Szkole Nowej Ewangelizacji. Taka osoba ma już przećwiczone jakieś metody. Przyjeżdża tutaj i wtedy ją ostatecznie formujemy, a więc dostosowujemy do strategii i metod Przystanku Jezus, wyjaśnia bez osłonek rzecznik.

Agitatorzy mogą mieć własne sposoby wabienia potencjalnych ofiar ewangelizacji, na przykład kilku z nich jeździ na pole woodstockowe z miską pełną wody. Tłumaczą, że chcą umyć nogi woodstockowiczom, tak jak Jezus uczniom. Nie kryją, że jest to tylko pretekst do rozpoczęcia nawracania („rozmowy o Bogu”).

Katolicka ekipa Przystanku Jezus próbuje grać na emocjach młodych ludzi, by zyskać ich przychylność. Oni mają tutaj czas i cieszą się, kiedy ktoś poświęci im uwagę. Tu są ludzie, którym tak bardzo brakuje miłości, że każde okazanie zainteresowania jest tak odbierane, że jesteśmy w stanie dość szybko nawiązać z nimi dość bliską zażyłość, tłumaczy jeden z agitatorów, choć okazuje się, że myśli o woodstockowiczach z wyższością i politowaniem: Mają w sobie pustkę, którą Pan Bóg może się posłużyć i ją zapełnić.

Kościół potrafi korzystać

Jedna z sióstr zakonnych z ekipy PJ na co dzień zaczepia ludzi na ulicach miast. Mówi, że często spotyka się wtedy z negatywnymi reakcjami. Mamy do czynienia z ogólną niechęcią do Kościoła, skarży się, ale nie wnika, jakie są powody tej niechęci. Natomiast woodstockowicze, w przeciwieństwie do przechodniów na ulicy, nigdzie się nie śpieszą i są z reguły tolerancyjnie nastawieni – a „głosiciele Jezusa” przyznają, że chętnie to wykorzystują.

Ochoczo korzystają również z gościnności organizatorów Przystanku Woodstock – mimo że Kościół katolicki ustami swoich kapłanów często potępia ten festiwal muzyczny i nie zostawia suchej nitki na jego założycielu, Jurku Owsiaku. Ale nie od dziś wiadomo, że dostrzeżenie swojej własnej hipokryzji zdecydowanie przerasta możliwości tych, którzy zostali „uformowani” przez polski fundamentalistyczny katolicyzm.

Źródło: ekai.pl

Polska powinna wypowiedzieć konkordat

Powinniśmy wypowiedzieć konkordat. W przeciwnym razie Polska stanie się państwem fundamentalistycznym – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” profesor Wiktor Osiatyński

Jesteśmy w pół drogi, mówi Wiktor Osiatyński zapytany, czy Polska jest państwem wyznaniowym. Klauzula sumienia została wykorzystana przez Kościół oraz część środowisk prawicowych jako oręż w wojnie o stworzenie w Polsce państwa wyznaniowego, w którym prawo państwowe jest podporządkowane prawu bożemu, rozumianemu głównie jako nakazy Kościoła katolickiego. 

Prof. Wiktor Osiatyński

Prof. Wiktor Osiatyński – socjolog, prawnik, konstytucjonalista. Wykłada na uniwersytetach w Europie i Stanach Zjednoczonych

Zmierzamy ku pań­stwu wyz­na­nio­we­mu me­to­dą fak­tów do­ko­na­ny­ch, bez zmian w Konstytucji, przy po­mo­cy in­ter­pre­ta­cji pra­wa. W przy­pad­ku klau­zu­li su­mie­nia pra­wo jas­no mó­wi, że obo­wią­zuje ona le­ka­rza czy pie­lęg­niar­ki, gdy znaj­dą się w sy­tu­ac­ji de­cy­do­wa­nia o za­koń­cze­niu ży­cia ludz­kie­go. Zda­niem Osia­tyń­skie­go, roz­cią­ga­nie tej klau­zu­li na in­ne za­wo­dy – mó­wi się na przyk­ład o  ap­te­ka­rzach – to aber­ra­cja.

Rozszerzenie klauzuli sumienia może oznaczać prawo odmowy udzielenia pomocy medycznej, np. gejom. Ale także dzieciom urodzonym z in vitro, ludziom chorym na raka, u których ból zwalcza się dużymi dawkami morfiny. Problem pojawia się wtedy, gdy Kościół dostaje od państwa zielone światło do subiektywizowania prawa. Wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi ludzkie życie i wolność wyboru, musi być jasno określone, co wolno, a czego nie, bo w przeciwnym razie silniejsi narzucą swoją wolę słabszym, mówi Wiktor Osiatyński. Tak właśnie zaczyna się dziać w Polsce.

Odzyskać język na rzecz wolności

Po klauzuli sumienia czeka nas debata o in vitro. Debaty światopoglądowe są zawsze gorące, nawet gdy wiadomo, że nie doprowadzą do zmiany w prawie. Wartością dodaną, a nierzadko celem takiej debaty jest przesunięcie granic społecznego przyzwolenia. Najlepiej obrazuje to bitwa o język, pierwsza wygrana przez fundamentalistów bitwa w wojnie światopoglądowej. Jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw w Europie zwie się u nas kompromisem aborcyjnym. Zarodek – dzieckiem poczętym, wskazuje prof. Osiatyński. Język narzuca sposób myślenia, wartościowania, oceny. Odzyskiwanie języka na rzecz wolności to pierwszy krok, który trzeba wykonać, aby przeciwstawić się państwu wyznaniowemu.

Wprowadzając ustawę aborcyjną w 1993 roku odwoływano się do prawa naturalnego. Ale w III RP pierwszy krok w kierunku wykorzystania prawa naturalnego zrobił nie Sejm, uchwalając ustawę aborcyjną, lecz Trybunał Konstytucyjny kierowany przez prof. Andrzeja Zolla, który w prezencie przed wizytą papieża zdelegalizował aborcję na podstawie zasady demokratycznego państwa. Konia z rzędem temu, kto mi udowodni, że prawo do życia w państwie demokratycznym musi zawierać prawo do życia od poczęcia, mówi prof. Osiatyński. Ten niesamowity wygibas erystyczny, prawny i intelektualny zapoczątkował proces, który potem się nasilał i krok po kroku wychodził poza prawo.

Polska wolna od konkordatu byłaby przyjaźniejszym krajem

Później przyjęto konkordat, którego skutki widać dopiero po latach – najbardziej w przypadku ofiar pedofilii. Uznanie, że Kościół nie jest zobowiązany do zgłaszania przestępstw natury moralnej organom ścigania, bo ma swoje procedury, było karygodnym błędem. Dziś już wiemy, jak te procedury wyglądają i jak bardzo szkodliwe było przyjęcie konkordatu.

Powinniśmy konkordat wypowiedzieć. Zgadzam się z prof. Janem Hartmanem, który mówi, że Polska wolna od konkordatu byłaby cieplejszym i przyjaźniejszym krajem do życia, zaznacza Osiatyński. Kościół stałby się zwykłym podmiotem życia publicznego, a nie uprzywilejowaną w państwie i prawie instytucją. Ta uprzywilejowana pozycja sprawiła, że religia, w swoich założeniach oparta na miłości bliźniego, ustąpiła miejsca instytucji ferującej wyroki, ziejącej jadem, nienawiścią i zemstą.   

Zdaniem Osiatyńskiego, Kościół wiele zyskał dzięki generałowi Jaruzelskiemu, który wprowadzając stan wojenny i zakazując działalności wszystkich instytucji i organizacji, pozostawił tylko Kościół. Tym samym wepchnął do niego Polaków. Pamiętam czasy Solidarności roku 1980. Związek zawodowy był sceptyczny wobec Kościoła, robotnikom nie podobały się mądre i łagodzące wystąpienia kard. Wyszyńskiego, ale stan wojenny to zmienił. Od 13 grudnia wszystko mogło odbywać się tylko w kościele. Przez Kościół szła pomoc, w kościele odbywały się spotkania. Społeczeństwo obywatelskie stało się społeczeństwem kościelnym. Wybory 1989 roku też wygrał Kościół, wszystkie wiece dziękczynne odbywały się przed ołtarzami. Później przyszedł za to rachunek.

Podstępna strategia Kościoła

Dzisiaj polskie partie polityczne przyzwalają, jawnie albo po cichu, na zawłaszczanie państwa przez Kościół. Prof. Ewa Łętowska stwierdziła ostatnio, że Kościół prowadzi podstępną strategię: gdy chodzi o konfitury – odzyskiwanie majątków, fundusz kościelny czy naukę religii w szkole – występuje jako instytucja i domaga się przywilejów przynależnych instytucji. Natomiast gdy chodzi o sprawy światopoglądowe, Kościół występuje jako reprezentant wiernych, broniąc rzekomo ich praw.

Rzekomo, bo w gruncie rzeczy chodzi o ograniczanie praw innych ludzi, zaznacza Osiatyński. Na przykład ludzi, którzy nie chcą, aby pan Chazan został obwołany świętym, skoro sprzeniewierzył się zasadom etyki lekarskiej, oszukując pacjentkę i pozwalając na cierpienia skazanego na śmierć płodu. Ludzi, którzy nie chcą narzucenia ogółowi norm religijnych, od których nie będzie skutecznego odwołania w sądzie, u rzecznika praw obywatelskich czy w Trybunale Konstytucyjnym. W Polsce jest bardzo silny konflikt, właściwie fundamentalistyczny, który dotyczy i Smoleńska, i spraw moralno-światopoglądowych. 

Trzeba być stanowczym wobec fundamentalizmu

Jedna strona nie przekona drugiej, ale chodzi o to, aby mogły współżyć, zachowując neutralność. I aby mogły prowadzić uczciwą debatę, mającą na celu przekonanie do siebie środka. Smoleńsk jest doskonałym przykładem na to, co się dzieje, gdy o ten środek się nie walczy. Przez pierwszy rok po katastrofie była słyszana w przestrzeni publicznej tylko jedna strona i liczba ludzi wierzących w spiskową teorię zamachu zdecydowanie wzrosła, mówi Wiktor Osiatyński.

Jego zdaniem, skutek może przynieść tylko drastyczna strategia. Dlaczego, jeśli ruchy pro-life pokazują zdjęcia płodów po aborcji, nie pokazać zdjęć zdeformowanego dziecka, o którego życie walczył pan Chazan? Dlaczego pozwalać księżom, aby uzurpowali sobie prawo do decydowania o kobietach? Trzeba pokazywać ogrom nieszczęść ludzi skrzywdzonych przez fundamentalistów. Trzeba domagać się respektowania prawa.

Jeśli lekarz podpisuje deklarację wiary, to niech informację o tym umieszcza na drzwiach gabinetu, aby pacjent wiedział, że nie znajdzie u niego pomocy. Niech placówka zdrowia, która bierze choćby pięć złotych z publicznych pieniędzy, ma bezwzględny obowiązek informowania, gdzie pacjent znajdzie pomoc, której pracownicy tej placówki nie chcą mu udzielić. W zderzeniu z fundamentalizmem trzeba być jak on stanowczym. Trzeba uznać, że rachunek III RP wobec Kościoła został już spłacony.

Źródło: polska.newsweek.pl