Ksiądz Andrzej S., który przyznał się do molestowania dzieci, nie poniesie kary

Przed sądem w Gdańsku trwa proces z powództwa cywilnego, wytoczony przez Marka Mielewczyka księdzu Andrzejowi S., który w latach 80. był wikariuszem parafii w Kartuzach. Mielewczyk, który wówczas był ministrantem w tej parafii, zarzuca duchownemu, że wykorzystywał go seksualnie.

Ksiądz nie poniesie jednak żadnej odpowiedzialności karnej, bo jego przestępstwa są przedawnione. Jego ofiary mogą tylko domagać się przeprosin i finansowej nawiązki przed sądem cywilnym. Podczas rozprawy w ubiegłym tygodniu przesłuchana została część świadków. Ksiądz Andrzej S. nie zjawił się w sądzie. Kolejną rozprawę zaplanowano na grudzień. Były ministrant domaga się przeprosin i 10 tysięcy zł zadośćuczynienia na rzecz fundacji „Nie lękajcie się”, pomagającej ofiarom księży pedofilów.

Sprawa pedofilii księdza Andrzeja S. jest publicznie znana od kilku lat. W kwietniu 2013 roku przedstawiona została w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego „Po prostu”. Doszło wówczas do konfrontacji księdza pedofila z Markiem Mielewczykiem (w reportażu występuje pod imieniem Maciej). Ksiądz przyznał się do winy, ale nie przeprosił.

Ksiądz pedofil Andrzej S. i jego ofiara. Kadr z programu TVP 'Po prostu'

Ksiądz pedofil Andrzej S. i jego ofiara. Kadr z programu TVP ‚Po prostu’

Kuria wiedziała o pedofilii księdza

Marek Mielewczyk opowiada, że po raz pierwszy został skrzywdzony przez księdza, gdy miał 13 lat. Ten koszmar trwał 5 lat. O wszystkim wiedziała kuria, a jedyną reakcją na zarzuty wobec duchownego było przenoszenie kapłana z parafii do parafii, gdzie również molestował dzieci. Dzisiaj Andrzej S. wciąż pozostaje księdzem. Z tego powodu pan Marek złożył również pozwy wobec parafii w Kartuzach oraz kurii pelplińskiej.

Zapytany po rozprawie przez dziennikarzy, dlaczego oskarża księdza dopiero po 30 latach, powiedział: Dzisiaj młodzi ludzie nie rozumieją, że kiedyś o takich rzeczach się nie mówiło. Ksiądz był największym autorytetem. Kościół o tym doskonale wie i perfidnie wykorzystuje wstyd i upokorzenie, które każą milczeć ofiarom.

Gehenna ofiary księdza pedofila

Marek Mielewczyk mówi, że wstydził się opowiedzieć o tej sprawie swoim rodzicom. W wieku 18 próbował popełnić samobójstwo. Przedawkował tabletki i trafił do szpitala. Gdy go odratowano, opowiedział lekarce o gwałtach, a ta poinformowała jego rodziców.

Lekarka postanowiła napisać list do biskupa chełmińskiego Mariana Przykuckiego o tym, co spotkało Marka. Z odpowiedzi biskupa wynikało, że wie on o skłonnościach księdza Andrzeja. Hierarcha poinformował w liście, że ksiądz został „skierowany na inną placówkę”.

List biskupa Mariana Przykuckiego. Kadr z programu TVP 'Po prostu'

List biskupa Mariana Przykuckiego. Kadr z programu TVP ‚Po prostu’

Rodzice Marka pojechali do Gdańska poskarżyć się arcybiskupowi Gocłowskiemu, ale nie zostali przyjęci. Przedstawili jednak sprawę kanclerzowi kurii. Nic to jednak nie dało. Tak samo jak zawiadomienie do prokuratury – sprawa została zamieciona pod dywan.

Potem Marek Mielewczyk miał jeszcze dwie próby samobójcze oraz nieudane, zakończone rozwodem małżeństwo. Przełamał się dopiero w 2005 roku, gdy trafił na terapię grupową jako osoba z problemami seksualnymi. Opowiadając swoją historię, poczuł wielką ulgę. Wkrótce po tym zaczął przygotowywać się do złożenia pozwu i założył Fundację „Nie lękajcie się” (www.nielekajciesie.org.pl), która pomaga ofiarom pedofilów w sutannach.  

Źródła: www.fakt.pl, vod.tvp.pl

Dodaj komentarz

avatar