Polski Kościół walczy i osądza

Tradycjonalizm polskiego Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata – pisze profesor Tadeusz Bartoś.

Inspiracją pojawiającej się w mediach krytyki Episkopatu jest poczucie smaku, które nie akceptuje stylu publicznych wystąpień hierarchów. Niesmaczny jest oskarżycielski ton, poczucie wyższości połączone naturalnie z pogardą, prezentowanie siebie jako jedynych mających słuszność, wspartych boską sankcją. To jednak jest tylko wrażenie estetyczne, reakcja na szpetną formę.

Pytanie o sens publicznej aktywności polskich biskupów powinno sięgać dalej, ku zawartości ich myśli o sprawach państwa, życia społecznego i życia zwykłych ludzi. Myśl ta jest poważna i spójna, choć trudno się z nią zgodzić. Widoczna jest wyraźnie na przykładzie wypowiedzi abp. Gądeckiego sprzeciwiającego się rozdziałowi Kościoła i państwa. – Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – mówił arcybiskup.

Dusza, zgodnie z tradycją, jest organem sterującym, zarządzającym całością organizmu, a więc jej władza sięga głęboko, przenika całość jestestwa.

Arcybiskup Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki: ”Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa. Bez duchowych wartości jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera”.

To, co mówi abp Gądecki i jego współbracia w biskupstwie, jest przemyślane, wsparte refleksją nad historią Kościoła ostatnich kilku wieków. Walczą oni o zmianę kultury, powrót do czasów sprzed epoki rewolucyjnych przekształceń. Ten ruch myśli zwany jest tradycjonalizmem. Chodzi o postulat powrotu do dawnego stanu społecznego, który przeminął i po części został zapomniany; dlatego tradycjonalizm jest radykalniejszy od konserwatyzmu, który chce przede wszystkim zmiany moderować.

Tradycjonalizm Episkopatu przeciwstawia się nowoczesności, a więc trwającemu od kilkuset lat ruchowi emancypacji spraw ludzkich, społecznych, państwowych spod wpływu religii i religijnego obrazu świata. Na takiej emancypacji polega nowożytność. Jest tam modernizacja tradycyjnej struktury społecznej pod hasłem równości wszystkich obywateli (u nas choćby zniesienie stanu szlacheckiego, pańszczyzny chłopów). Jest to przyznanie ludziom wolności wypowiedzi i wolności myślenia, prawa do własnego sądu na temat świata, życia zgodnie z własnym pomysłem na życie. To wszystko są nowości ostatnich dwustu lat.

Do czasów Soboru Watykańskiego II Kościół sprzeciwiał się tym przemianom. Na soborze nastąpił jednak radykalny zwrot. Ogłoszono aggiornamento, uwspółcześnienie – dostosowanie Kościoła do naszego dziś. Mówiono o accomodata renovatio – stosownej odnowie, a więc właśnie o unowocześnieniu.

Tę próbę dostosowania Kościoła do współczesności odrzucają nasi hierarchowie. To nie Kościół ma się dostosować do świata, ale świat, państwo, społeczeństwo i jednostka mają się dostosować do Kościoła. Kościół ma pozostać Ecclesia militans, Kościołem walczącym, będącym znakiem sprzeciwu. Episkopat idzie w tej mierze za wypowiedziami Benedykta XVI, który przywrócił to pojęcie katolickiej „narracji”. Problem jednak w tym, że wedle celów postawionych sobie przez naszych biskupów Kościół ma być znakiem sprzeciwu totalnego, dążącego do pełnego podporządkowania spraw publicznych (stąd metafora duszy).

Negacja zmian, chęć przywrócenia stanu sprzed epoki modernizacji jest wprost odrzuceniem przesłania Soboru Watykańskiego II, który mówił o „słusznej autonomii rzeczy doczesnych”. Tej autonomii ma już nie być, nie ma być autonomii państwa i społeczeństwa, nie ma być autonomii duchowej ludzi wyrażanej w autonomii ich sumienia, a więc uznania ich kompetencji moralnych, prawa do działania zgodnie z własnym sumieniem, nawet jeśliby to sumienie mówiło coś innego, aniżeli aktualne wskazania hierarchii kościelnej.

Pojęcie Ecclesia militans, a także Ecclesia triumphans oznaczają powrót do obecności Kościoła w społeczeństwie jako oskarżyciela, prokuratora i sędziego, a nie uczestnika dialogu, otwartego na rozmowę, która szanuje odmienność stanowisk. Kto oskarża, nie chce rozmowy równego z równym, chce rozmowy sędziego z oskarżonym, chce społeczeństwa opartego na poczuciu winy.

Zapytać wypada, czy ofensywa Episkopatu Polski nie jest walką z wiatrakami, zawracaniem Wisły kijem? Biskupi wierzą w sens tej świętej wojny, co świadczy o heroiczności ich wiary, wiary, która góry przenosi. Świadczy o gotowości do walki z przeciwnikiem w gruncie rzeczy silniejszym – jest nim bowiem cała współczesna kultura. Powie ktoś, że to brawura, wręcz zuchwalstwo. Rzeczywiście, postawienie na jednego konia to ryzykowna strategia. Można wiele stracić.

W tej postawie nieustępliwej walki jest wśród hierarchii gotowość do przyjęcia ciosów, jakimi są śmiech i szyderstwo. Gotowość, bądźmy szczerzy, męczeństwa na pluszowym krzyżu, bo państwo demokratyczne strzeże wolności religijnej, u nas nawet penalizuje obśmiewanie religii. Męczeństwa tym bardziej kłopotliwego, że druga strona sporu pamięta dobrze, jaka jest natura instytucji, która nie znosi żartu, nie wie, co to autoironia, chce być zawsze śmiertelnie poważna.

Kto wygra to cywilizacyjne zwarcie? Jak mawiał pan Kazimierz: „Albo my wygramy, albo oni”. „Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje”. „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni”.

Tadeusz Bartoś – filozof, profesor Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku

Źródło ->

Dodaj komentarz

avatar