Prof. Obirek: Wojtyła popełniał też grube błędy, mylił się

Niepokojące jest to, że przy okazji kanonizacji Jana Pawła II mamy próbę narzucania jedynej obowiązującej prawdy. Nie tylko konieczność uznania, oczywiście „przez wszystkich”, wyjątkowej wielkości „polskiego papieża”, ale coś jeszcze bardziej niepokojącego: próbę „zadekretowania radości” – mówi profesor Stanisław Obirek w rozmowie z Cezarym Michalskim.  

Stanisław Obirek: Mówię tu oczywiście o inicjatywie koalicji rządzącej, żeby wszyscy posłowie przez aklamację uznali, że to jest wydarzenie wielkie, ważne, jednoznacznie dobre, że wszyscy Polacy mają się tym entuzjazmować, że wszyscy się tym cieszymy. To jest bardzo głębokie złamanie zasad autonomii sfery religijnej i świeckiej. 

Cezary Michalski: Wywołane przez oportunizm znacznej części polskiej klasy politycznej, z małymi wyjątkami. Ale chętnie zaakceptowane też przez polski Kościół. 

Prof. Stanisław Obirek

Prof. Stanisław Obirek jest teologiem i historykiem, autorem m.in. książki ‚Umysł wyzwolony’. Wiele lat był w zakonie jezuitów, z którego wystąpił w 2005 roku. Jest wykładowcą w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

To jest łamanie zasady autonomii obu sfer dokonywane i od strony religijnej, i od strony świeckiej, moim zdaniem dla obu tych przestrzeni szkodliwe. To jest taka zewnętrzna próba narzucenia bezrefleksyjnej akceptacji dla czegoś, co właśnie wymaga refleksji, wymaga sporu, wymaga różnych stanowisk, różnych spojrzeń. Natomiast jeśli chodzi o samo życie wewnętrzne polskiego Kościoła, to wydaje mi się, z tego, co widzę, że to jest festiwal popkultury religijnej, wszystko sprowadzone do procesji, breloczków, takiego sockatolicyzmu, odpowiednika socrealizmu. To jest tryumf kiczu religijnego, spłaszczenie, sprowadzenie całej postaci Karola Wojtyły do użytecznego gadżetu. Mamy specjalną monetę, relikwie, uzdrowienia, wszystko to, co się bardzo źle naszym braciom protestantom kojarzy z magią, z brakiem krytycyzmu, z brakiem racjonalnego podejścia do religii. To ogromna krzywda, jaką wyrządza się także samemu Karolowi Wojtyle, który – niezależnie od wszystkich wątpliwości, które wcześniej przywołałem – był intelektualistą, filozofem, starał się łączyć ze sobą dwa skrzydła rozumu i wiary. Dziś to wszystko jest sprowadzone do najpłytszej popreligijności, religijnego disco polo. Obawiam się, że dla większości intelektualistów katolickich to jest kłopotliwa sprawa, bo nie wypada tego krytykować, a cieszyć się nie ma z czego. 

Problem w tym, że niektórzy intelektualiści w Kościele cieszą się z tego, że jednomyślność można przy tej okazji po prostu wymusić. Oni w tej jednoznaczności i płytkości kultu „papieża Polaka” nie tylko nie widzą problemu, ale chcą z niej korzystać. Tak samo ludzie, którzy w Sejmie odmówili udziału w „aklamacji” byli przez katolickich dziennikarzy, polityków, intelektualistów sprowadzani do roli dysydentów-dziwaków, kogoś, kto „nie wiadomo czemu się tak upiera”.

Myślę, że to jest bardzo groźne. Ten ton, który zaczyna coraz mocniej pobrzmiewać – paternalizmu, poczucia wyższości. „Owszem, możecie trochę pobaraszkować, bo to jest przywilej młodości czy ekstremy”. Dla mnie to także nie jest zbyt komfortowe, bo po pierwsze nie jestem młody, po drugie nie uważam się za ekstremistę i chyba nim nie jestem. Natomiast katolicyzm mojej młodości, z lat 70., zawsze kojarzył mi się z gotowością otwarcia, dialogu z człowiekiem inaczej myślącym. Taki był też Wojtyła, jakim ja go pamiętam, jeszcze z Krakowa. Natomiast ta zastygła w podziwie admiracja dla jego tekstów i zachowań… Boję się, że w Polsce będzie ona uniemożliwiała recepcję tej myśli, a nawet rozmowę o katolicyzmie w ogóle. Przecież Wojtyła w swoich diagnozach popełniał też grube błędy, mylił się. Wystarczy przywołać jego niefortunne nominacje biskupie, bezkrytyczne zawierzenie bardzo kontrowersyjnej organizacji, jaką jest Opus Dei, nie tylko tuszowanie przypadków pedofilii w Kościele, ale wręcz chronienie biskupów tuszujących pedofilie księży w swoich diecezjach (przykład najbardziej spektakularny to kardynał Law z Bostonu, który zamiast kary został obdarowany prestiżową funkcją w Watykanie). Nie będę już powtarzał jego tragicznej pomyłki we właściwej ocenie teologii wyzwolenia…

Tak, lista jest naprawdę długa. Taka ocena to nie oznacza zakwestionowania jego wartości, ale sprowadzenie go jako człowieka, intelektualistę, papieża, do pewnego konkretu, do ludzkiego wymiaru, czyli także do jego kulturowych uwarunkowań, które przecież ma każdy człowiek. Otwarcie na inne religie, gotowość dostrzeżenia w prawosławiu ważnego elementu tradycji europejskiej to coś, co Wojtyła widział wyraźniej niż ktokolwiek inny. Natomiast automatyczne przeniesienie własnych negatywnych skojarzeń z lewicowością na Amerykę Łacińską to jest absolutnie nie do zaakceptowania. To jest cień jego pontyfikatu, który na przykład sprawił, że wielu katolików przeszło do Kościołów protestanckich w Brazylii czy innych krajach Ameryki Łacińskiej. Oni mieli po prostu dość tego stylu rządzenia Kościołem, jaki zaproponował Wojtyła czy ludzie, na których on w tamtych Kościołach postawił. Mieli dość wykluczania przez niego z dialogu czy nawet z Kościoła zakonników czy księży, którzy byli w tamtych warunkach prawdziwymi, wręcz heroicznymi chrześcijanami.

Myślę, że przez takie właśnie błędy Kościół statystycznie traci wiernych, nie tylko w Ameryce Łacińskiej. Może myśl krytyczna będzie się miała lepiej poza Kościołem, a będzie zastygała w Kościele.

Źródło ->

Dodaj komentarz

avatar